schematy burzone przez indywidualistów

Nie od dziś wiadome jest, że społeczeństwo przepełnione jest szarej masy, która jest zakompleksiona do szpiku kości. Takie swoiste zbiorowisko indywidualistów, nie różniących się niczym od innych. Indywidualista popularny, aż ciśnie się na usta. Spojrzysz nie tak, a oni już z oburzeniem spojrzą na ciebie krzycząc „jakim prawem?” Prawem wolności myślenia i możliwości posiadania własnych poglądów.

A  żeby tego było mało, popularnych indywidualistów kłamców. Mówią, że chcą prawdy, ale można tylko mówić pewne słowa. Chcą tolerancji, ale homoseksualizm to zboczenie. Chcą myśleć, ale jakiś czas temu zapomnieli, co to jest i nie dążą by przywrócić. W sumie bo i po co, skoro mass media podają najwłaściwszy tok rozumowania.

Chyba nie tylko ja odnoszę wrażenie, że większość społeczeństwa, na myśl o odrębnej jednostce, myśli mniej więcej w kategoriach nie wolno być innym! Myślenie takowe sprowadza się do klapek na oczach i myśleniem w stylu: „Bądź sobie indywidualistą, proszę bardzo, pod warunkiem, że swoim zachowaniem nie będziesz odstawał od normy, a twe słowa wypowiadane, będą normalne” [normalne czytaj, pozbawione jakiejkolwiek głębi, namiętności]…

Większość ludzi boi się mieć własny światopogląd, boi się konfrontacji z rzeczywistością, która zniszczy jednym argumentem daną ideę. Wypiera się coraz bardziej samodoskonalenie się, nie ma kasy na nauce szkolnej, nie robiącej coraz mocniej wody z mózgu. Chce się, by każdy był taki sam, bo łatwiej sterować takim tłumem debili (z perspektywy rządu). Chce się, by każdy był taki sam, bo nic nas nie zaskoczy, nie wprowadzi nas w zakłopotanie… Dąży się, z całkowitą aprobatą społeczeństwa, do schematów must – have, którym każdy ma się grzecznie podporządkować, niczym strona uległa w bdsm.

Cholera jasna! Człowieku! Kimkolwiek jesteś, gdziekolwiek mieszkasz, cokolwiek lubisz –  bądź sobą, bo to zajebista cecha. Nie wiesz? Dopytuj. Bądź mniejszym Gombrowiczem, kwestionującym nie-do-zakwestionowania sprawy. Nie podoba się Ci życie? Napij się kawy i zmień je. Nie zgadzasz się z czymś? Dyskutuj. Ktoś ewidentnie nie jest kompatybilny z Tobą i wkurza Cię samym oddychaniem? Pożegnaj go, nie zważając na sentymenty. To chore, by ktoś (lub co gorsza, jakieś nieożywione schematy stworzone przez zakompleksione jednostki) rządził Twoim życiem. On ze swoim ma prawo robić co chce, z Twoim nic (a przynajmniej teoretycznie, bo dajesz się manipulować, bo pozbawiono Cię kiedyś impulsu myślenia)…

Nie warto marnować czas na coś, co nie odzwierciedla nas.
„Kimkolwiek jesteś. Skądkolwiek pochodzisz. Dziś stoisz na progu wieczności”.

egoistyczny świat

Każdy ma pewien zarys jednostki, gdy pojawia się sformułowanie egoistyczny. Bez wątpienia większość społeczeństwa, a z pewnością cała szarówka, pojmuje egoizm jako coś złego. Jako niewłaściwą cechę, której trzeba się wyzbyć u siebie i ganić u innych. Nie chcą mieć z egoistą nic do czynienia.

Względem definicji rodem z onet.pl egoizm (z łacińskiego ego – ja), to postawa życiowa polegająca na kierowaniu się w postępowaniu tylko własnym dobrem i interesem. Zagłębiając się mocniej w dwa sformułowania [własne dobro, własny interes], widzimy jak się ze sobą one cholernie wiążą. Z przymrużeniem oka, są sobie one nawet równoważne. Własny interes to postępowanie nasze, tak by wyszło to nam na dobre, by być szczęśliwym; natomiast własne dobro wynika z własnego interesu, czyli są to postępowania szeroko pojęte, które w końcowym efekcie (jak nie całym postępowaniu) wychodzą na dobra danej jednostce, mają zrobić danej osobie dobrze psychicznie. Chyba co do tego nikt nie ma jakichkolwiek wątpliwości? Europejskim odkryciem Ameryki to to jeszcze nie jest, tak, a jak na razie tylko pseudo naukowym pieprzeniem.

Wymyślając temat, który w końcowym efekcie wyszedł w postaci egoistycznego świata, chciałam nakreślić, po jaką cholerę zajmuję się egoizmem? Chciałam już od samego tytułu pokazać, że cały świat jest pieprzonym egoistą, czytaj Ty też nim jesteś. Gówno warte są tu zdania, które mówią o tym, jakim prawem można więc nazwać egoistą człowieka, który jest dobry, pomaga, wpłaca na fundacje kasę i w ogóle jest cholernie przykładnym obywatelem? Tak, on też. Jest on, aż przesadnie empatyczną jednostką, bo uważa że tak powinno się żyć, miałby wyrzuty sumienia gdyby nie pomógł potrzebującemu i cholera jasna! Czuje w sobie potrzebę takiego życia, bo mu jest tak dobrze! Dla własnego egoistycznego interesu, pomaga innym. Przykładem tutaj (a bez problemu dałoby się je mnożyć, do każdego typu charakteru, do każdego zachowania) może być chociażby, jakże święta Matka Teresa. Pomagając innym, oczekiwała zbawienia w „drugim życiu”. Ktoś kiedyś powiedział, by pomagać innym, a w efekcie dostanie niby od niego życie wieczne i ona właśnie tego chciała, więc dla własnego interesy pomagała innym. Rezultat? Matka Teresa byłe egoistką.

Jedyne co różni zdefiniowanych egoistów, od „nie egoistów”, to tylko poziom niejako tego zapatrzenia w siebie. Ludzie wszystko co robię, robią tak by to im było dobrze. Nawet ci, co są słabi psychicznie, przez co są podatni na gadaninę innych i postępują tak jak aktualnie ogół, czy ktoś mu nakaże, też jest egoistą – boi się wychylić i pokazać własne zdanie, więc by było mu lepiej, daje się prowadzić niejako innym. Nie chce by go skrytykowano, by kazano podać mu swoiste argumenty, których nie umiałby podać, więc milczy i robi jak inni, by nie zostać ośmieszonym w oczach innych.

Każdy z nas jest chociażby w minimalnym procencie niejako szelmowskich charakterem. Ma w sobie tą fascynującą cząstkę, która jest przebiegła, dzięki czemu postępujemy tylko i wyłącznie dla dobra naszego interesu, dla naszego dobra psychicznego…

 

Idą sobie dwaj górale. Nagle jeden mówi do drugiego:
-Ty. idziemy już tak i idziemy. Może byśmy jakoś urozmaicili ten czas?
Tamten się zgodził i zaczęli sobie opowiadać dowcipy. W pewnym momencie ich zasoby humorystyczne się skończyły i znów nastała cisza i nuda.
-A zjadłbyś Ty gówno?
-za 1000zł zjodłbym
Zjadł, a tamten dał mu kasę. I znów nastała wędrówka, aż ten drugi (od gówna) powiedział:
-A Ty zjodłbyś gówno za 1000?
-Zjodłbym
Pierwszy zjadł, a drugi dał mu kasę… 
Wniosek jest taki, że  człowiek patrzy na własny interes, chce najmniejszym kosztem zdobyć jak najwięcej, a w rezultacie dostaje gówno 

przereklamowane bycie miłym

dużo ludzi ostatnio chce być „miłym człowiekiem”. jak mniemam cała ta bajka zaczęła się w prahistorii człowieka, gdy zaczęto zdradzać i przez cholerne chore relacje, jedna strona ukrywała fakt ten przez swym jakże wielbionym życiowym partnerem. zaczęto wtedy grywać role, pokazywać niekoniecznie swoje oblicze i pieprzyć się na potęgę mówiąc, że uprawia się tylko błogosławiony od wieków małżeński sex. brnąc dalej w bagno kłamstwa człek się łudzi, że jak nie ma urody, to przecież uprzejmością załatwi sobie wszystko co będzie chciał u ludzi. najwyżej przecież można przelecieć się na biurku prezesa. ale broń mistyczny Boże, żeby z prezesem we własne osobie! przecież trzeba być zawsze cholerną cnotką, tudzież maminsynkiem, która nawet papierosa nie zapali. nawet jak po godzinach na 5″ idzie do kibla z nieznajomym. przecież czego oczy nie widzą, temu „sercu” nie żal, więc można mieć opinię poukładanej osoby, wciągając kreskę wieczorem.

mało kto dziś niestety ma odwagę być osobą, a co za tym idzie, wszelakie normy społeczne wyspecjalizowały, że większość chce być miłą jednostką. tak by przez każdego być lubianym, by uprzejmość waliła od niego na kilometr i każdy wiedział, że zawsze można na niego liczyć. nie zważa taka jednostka na duże prawdopodobieństwo bycia najnormalniej w świecie wyruchanym przez innych. przez tych, którzy mają śmiałość mieć i wyjawiać swoje zdanie. przez tych którzy nie boją się pojechać w lewo, niż w prawo skręcić na nową autostradę dofinansowaną z funduszy EU. przez tych do których cholera należy świat, bo wiedzą czego chcą i dąż do tego.

niby coś w mojej podświadomości podpowiada mi, że w czasach „mody”  jest właśnie przereklamowane bycie miłym, chociaż patrząc logicznie na to, jakie społeczeństwo mamy w XXI wieku to chyba właśnie okrzyczane jest dziś bycie sobą. zatraca się inteligencje na rzecz 50 twarzy Gray’a własne wartości na rzecz zgonowania przed kumplami, myślenie na rzecz social mediów itd…. ludzie w większości idą z tłumem, bo boją się odrzucenia. nie chcą się przeciwstawiać, bo tak łatwiej. bo to mniej wysiłku intelektualnego kosztuje. bo tego chcą myślące jednostki dla własnych korzyści, a ty szara jednostko boisz się trój literowego słowa NIE. nie ukrywajmy. ci co coś osiągają w życiu więcej, niż kasę od święta na carlo rossi, to jednostki które patrzą przede wszystkim na siebie, wiedzą czego chcą i nie boją się pokazać własnego myślenia. ba! one nawet potrafią przeprosić jak coś spieprzą, ale nie żałują, bo to była ich własne decyzja. i gdzie te hasła hipsterów bądź sobą? może i są, ale dają one dupy u większości w zrównaniu z rzeczywistością. a przecież miało być tak kolorowo i zajebiście. przecież świat miał należeć do mnie. ano droga istoto, która zapomniała myślenia, to wszystko jest na wyciągnięcie ręki nie do pilota, ale do Ciorana…

bo właśnie podstawą człowieka jest myślenie, więc nie dziwmy się, że ci co serio robią coś w życiu, przy wytycznych z kim chcą się pieprzyć, mówią o ekstazie wynikającej z dobrego sexu, z dialogiem ambitniejszym „to ty czy ja na górze?”, gdy kiedyś to było bardziej logiczne chyba…

teraz, gdy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie

 

sex

ekshibicjonizm kojarzy nam się raczej z pokazywaniem w całości, bez żadnych zbędnych przykrywek, swego ciała. u niektórych wzbudza to pełną namiętności fantazję i chęć takowego zachowania, u innych odrazę i jedną wielką patologię. nagość proszę Państwa. nie ulega wątpliwości, że właśnie rozbieranie się na środku ulicy, czy chociażby na plaży, bez żadnego ubrania, nawet najbardziej skromnych stringów, kojarzy nam się właśnie z tym słowem. jest to pieprzenie nabytego wstydu. czemu nabytego? bo właśnie dzieci, podczas formowania niejako ich psychiki, spojrzenia na świat, moralniaka etc., zostało wpojone, że trzeba się ubierać. od taka norma, czy może nawet i zasada. ale czy właściwie jest coś złego w nagim ciele? czy mamy się czego wstydzić? czy naprawdę mamy ujawniać ją tylko w sypialni z partnerem i to jeszcze tylko w tradycyjnych pozycjach, bo przecież odrobina fantazji i uprawiania sexu chociażby na blacie, to nie przystoi… ludzie kochani. oczywiście, nie mam na celu mówić, że na co dzień, czy na maturę mamy iść nago, jednakże nie wstydźmy się jej.

ekshibicjonizm wziął się właśnie ze skrajności. jak często w dzisiejszych czasach widzimy właśnie skrajności? skrajna prawica lub skrajna lewica? ateista lub fanatyk? inteligent lub debil? optymista lub pesymista? ścisły umysł lub human? … zewsząd mówi nam się albo o pełnym namiętności zbliżeniu między dwojgiem (lub więcej) jednostek, albo o życiu owładniętym przez nieustanny celibat. znalazła się więc grupa ludzi, która miała już tego dosyć po całej linii, więc zebrała się niezorganizowaną niejako grupę ludzi, tworząc chociażby plaże dla nudystów. miała dość ciągłego zakrywania ciała, bo nie ma się cholernych idealnych wymiarów ciała. matko kochana! jaki to ma sens? ciągłe głodówki, odmawianie sobie kawy z bitą śmietaną posypaną czekoladą, kebaba, czy cokolwiek równie dobrego. kochani, serio nie widzicie że to błędne koło systemu? szeregowanie na silne jednostki, a słabe odrzucenie? silna psychicznie osoba, będzie pieprzyła wszystkie pseudo idealne kształty, będzie miała swoje zdanie i inne aspekty potwierdzające, że jest niezależnym od systemu bytem. słabe się porywa w czarną otchłań nakazując pewien tok rozumowania. nakazuje się, rzecz jasna dając rzekomy wolny wybór, jednak takowa osoba z niego nie skorzysta, bo przy treściach podanych w miarę logicznie przyjmie je, bez zastanowienia czy to ma w ogóle jakiś sens. takowa persona będzie ciągle się przejmować tym co inni o niej powiedzą, a jak to pp mówi „nie patrz na innych. oni ci jeść nie dają”. pokazuje nam to w jasny sposób, że nie warto patrzeć na to co inni, tylko na to co ja. co ja chcę, to czego ja pragnę. w ten właśnie o to prosty sposób będziemy szczęśliwi. i naprawdę, nie ma nic złego, a nawet w dobrym tonie jest zaakceptowanie siebie, swojego ciała. owszem, wygląd jest ważny, biorąc chociażby pod uwagę dobór partnera życiowego i mówi wam to kobieta z tego co anatomia podpowiada, ale intelekt nie wystarczy. więc kochane kobiety. litości. nie miejcie pretensji, że faceci patrzą na cycki, na to jak laska wygląda. przecież padnę śmiechem jak mi któraś będzie próbowała wmówić, że nie ocenia kolesia po wyglądzie. ileż można słuchać do zżygania „rozmów” koleżanek obrabiających kogo popadnie z wyglądu. przecież po czymś takim się serio nie dziwię, że niektórzy faceci mają takie a nie inne zdanie na temat lasek. dlatego Kaśka dobra rada mówi wam – mówcie czego chcecie, bądźcie sobą i nie róbcie awantury o byle co.

ale powracając do tematu, bo niejako zboczyłam. ekshibicjonizm, właśnie ta nagość nie musi wcale być rozumiana jako tylko i wyłącznie nagość cielesna. przynajmniej według mnie. można być nagą jednostką w sensie psychicznym, czyli pokazywanie swoich uczuć całkowicie i bez oporów, czy mówienie tego co się myśli. jak bardzo jest to potrzebne w dzisiejszych czasach, a jak rzadko stosowane? nie bójmy się swojego nagiego ciała, swoich nagich neuronów okrytych „jedynie” w intelekt. to jest piękne, jeśli odpowiednie się tym dysponuje rzecz jasna….

wiara w siebie

siema. jeśli komuś się wydaje, że kolejny wpis o szarówce, to tak. w sumie ma rację… :D

przede wszystkim rozpatrzymy aspekt życiowy niejako, o którym wspominał Arnold Bennet: prawdziwą tragedią jest tragedia człowieka, który nigdy w życiu nie był gotów podjąć ekstremalnego wysiłku – on nigdy nie wykorzystał wszystkich swoich możliwości, nie wzniósł się tak wysoko jak by mógł. to krótkie zdania, te parę słów ukazuje nam bardzo wyraźnie myślenie szarej masy. samospełniająca się przepowiednia – negatywne myślenie, pesymistyczne nastawienie do każdego podejmowanego przez nas zadania, będzie skutkowało niepowodzeniem. człowiek nie będzie taki zaskoczony zaistniałym wynikiem, ponieważ od razu taki wynik zakładał. nie miał wiary we własne możliwości, nie chciał uwierzyć w siebie. może to wina kompleksów z dzieciństwa, może gorszy nastrój, depresja… pomijając ostatni aspekt, który zostawiamy specjalistom, czy ktoś jest wstanie ogarnąć czemu tak się dzieje? ktoś może powiedzieć, że to wina wychowania, jednak jeśli widzimy jakiś negatywny apsket w naszym życiu nie możemy na niego się godzić i żyć w przekonaniu „bo tak musi być”. metoda małych kroków. niby trywialne, acz bardzo pomocne, nie ulega to najmniejszej wątpliwości, tak. można samemu próbować zmienić nastawienie w lżejszych przypadkach, można wysilić się na terapeutą. no ale tak, po co to wszystko? lepiej umartwiać się nad własnym losem i robić z siebie ofiarę. przecież lepiej zyć w ciągłym smutku, nie nadwyrężając mięśni brzucha od śmiechu, gdzie ludzie Ci pomagają aż nadto, bo ty przecież taki biedny, mało pewny siebie, a przecież taki inteligentny… gdyby zachować dyplomację to powiedziałoby się się, że to dość przykre, ale ja jak zwykle pieprzę kochaną dyplomację i powiem, że to wkurzające. przynajmniej dla mnie. człowiek, z definicji, powinien żyć dla siebie owszem, ale w tym całym egoizmie nie zatracać się we własnym ego i być dla innych również. dlatego wkurza mnie podejście szarówki do braku we własne możliwości. po pierwsze, zero produktywności i innowacyjności dla społeczeństwa, po drugie brak wykorzystanie swego potencjału. to jest absurd. żyć tylko po to, by umrzeć, toż to nie ma żadnego sensu. spotykając się z jakimiś znajomymi i tak przy wódce rozpatruje taka jednostka absurdalne problemy, które nie muszą mieć racji bytu. ale tak jak H2 z O2 nie połączy się od tak w znane H2O, taki i Ty bierzesz w pełni odpowiedzialność za swoje życie. nie ma możliwości usprawiedliwianie spychoterapii – bo to ludzie to hieny, a to szef mnie wkurwił, a to zapowiedzieli nawrót zimy…. chcąc być jednostką, która w pełni zasługuje na miano człowieczeństwa, wie z czym to się je, nie można zwalać na innych. mówiąc coś bierzesz odpowiedzialność za to. pisząc podpisujesz się, a nie bierzesz przykładów galów anonimów ze średniowiecza. taka podstawa podstaw, ale przez szarówkę zapominana bardzo. według ogółu lepiej być szelmowskim charakterem. przecież niby ujawnia się w nas wtedy nie wiadomo jaka inteligencja, chociażby ta emocjonalna. no błagam litości. knucie kojarzy się dobrze? lubimy jak ktoś za naszymi plecami robi zupełnie co innego, niż nam mówił? chyba nikt nie lubi być lekceważony, ignorownany. dlaczego więc się tak dzieje? bo ludziom łatwiej żyć na kontaktach, nie lubią się wysilać na napisanie samemu magisterkę. chcą mieć tylko papierek, który w teorii świadczy o ich wiedzy na dany temat, a w istocie w dużej liczbie wypadków to gówno prawda. kiedyś będąc magistrem było się szanowanym, było się niejako elitom, a teraz? teraz każdy jest mgr, teraz by być szychą w towarzystwie trzeba mieć profesórę, a wcześniejsze etapy traktować jak obowiązkową podstawówkę. serio to ma jakiś sens? jak ja go nie dostrzegam to niech ktoś mnie oświeci, przywróci większą wiarę w ludzkość.

ludzie, serio. każdy ma jakiś potencjał w sobie, choćby najmniejszy. więc cholera, niech zacznie brać odpowiedzialność za swoje życie i zacznie coś robi, a dzięki odrobinie wysiłku, efektem ubocznym będzie radość z życia. jak się ma klapki na oczach i ślepo podąża jak koń na rzeź w zyciu, to taka egzystencja nie ma najmniejszego sensu…

kabaret z innej strony

tak proszę Państwa. jednak szkoła może zainspirować. robienie projektu może natchnąć do kolejnego wpisu chociażby…
kabaret jaki jest, chyba każdy wie. przynajmniej ten w dzisiejszych czasach. powierzchownie, na pytanie jak wygląda kabaret, co to jest, odpowiedź to parę ludzi na scenie, mówiących pewną kwestię, gdzie niekiedy widzowie się śmieją. zgadza się? zapewne tak, ale spójrzmy na to głębiej. o czym „ci na scenie” mówią? najprościej ujmując to, to mówią o życiu w ironiczny sposób. ale skoro kabaret, to kultura wysoka (przynajmniej w teorii, kiedyś), to czemu szarówka się śmieje? czemu czerpie z tego rozrywkę? rozumie te treści? a może śmieją się, bo inni się śmieją i nie mogą pomyśleć, że nie rozumiem danej sceny? w moim subiektywnym odczuciu, jest to wołanie ostatnią deskę ratunku do mass, by zaczęły używać swojego potencjału, który kryje się w ich neuronach, znajdujących się w mózgu. zbyt fikcyjne wierzenie, że tak jest? możliwe, jednak ostatkami wiary w ludzkość, chcę tak myśleć. chcę myśleć, że są jeszcze jednostki, które dostrzegają dobitnie potencjał chociażby kabaretu, czy jakiejkolwiek innej sztuki. skoro jest to satyra, to już dostrzegamy, że Ci co tworzą dany skecz musza wnosić coś do życia, w sensie intelektualnym. muszą dostrzegać pewną parodię, w danej tematyce i perfekcyjnie ją wykorzystać do celów artystycznych. pochodna artyzmu nie została tu użyta przypadkowo. powinna być to niejako forma wysokiej kultury, pokazywanej w dostępny dla szerszej publiczności sposób.
robienie czegoś w oparciu o kulturę tą wyższą, zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem braku zrozumienie – przede wszystkim w dzisiejszych czasach, gdzie prawdziwa muzyka, jest zastępowana gównem, książki piszę każdy debil, a telewizja całkowicie schodzi na psy… jednak są ludzie, którzy chcą przeciwdziałać wszechobecnej głupocie i ignorancji na ambitniejsze tematy. z całych sił, próbują chociażby minimalnie przywołać mitologię, w bardziej humorystyczny i współczesny sposób, jak to wyśmienicie zrobił Kabaret PUK (http://www.youtube.com/watch?v=yULQAmI2Uq0). i chwała takim ludziom, bo to oni właśnie tworzą świat piękniejszy i odrzucają chociaż trochę skrawek debilizmu w dzisiejszym świecie…

sztywność zawsze bije ze wszystkiego pierwszego. ale litości i dystansu do własnej persony. i tak wszyscy kiedyś będziemy nieruchomi, jak cholerna wieże w Pizie, zaginająca amatorów fizyki, czy Mount Everest… nawet, jak ktoś się spali, czy to ze wstydu, czy to w piecu, to i tak w jakiś tam sposób, lub przez jakiś czas będzie sztywny i nieruchomy jak głaz… dystans to takie małe gówno, którego brakuje szarej masie. ah, ona swoją drogą jest fascynująca, a mnie osobiście rozwalająca. zewsząd wpaja się od małego, że się ma być inteligentnym, a przynajmniej udawać to przez stos banalnej elektroniki wokół siebie i książki, których i tak się nie zrozumie, jak się o z grozo przeczyta! uśmiech, nowe ubrania, poczucie humory i inne pierdoły. niby każdy do tych ideałów mass – mediowych dąży, a przynajmniej większość społeczeństwa, ale wystarczy mieć chodź za grosz samodzielnego (o logicznym w dzisiejszych czasach lepiej zapomnieć i nie przypominać ludziom, bo się człek załamie, poziomem rozwoju intelektualnego społeczeństwa)i wejść do ztm, czy w ogóle na ulice, by zobaczyć zgorszone wizją człowieczeństwa ludzkość, nie wiedzącą czego chce, narzekającą na wszystko, a do pracy jadą jak na ścięcie… i gdzie ta cudownie zajebista magia mediów, która mówi jak żyć i każda niemyśląca jednostka z tego korzysta…?