zabójcza psychika

tak jak obiecywałam parę postów niżej, dziś będzie o postaci znanej nawet osobom, które są ignorantami historycznymi (chyba, że jest się skończonym idiotą). o osobie, gdzie trudno o pozytywną opinię na jej temat. o psychice, która może jednocześnie fascynować i przerażać. o jednostce, na wspomnienie której niektórym stoją wszelkie włosy. a precyzując, o psychice niejako Adolfa Hitlera…

zaczynając od niezbyt psychologicznych informacji, znany na cały świat zapewne Führer, uwielbiał i w sumie niejako prowadził nocne życie. wstawał koło 10, chwila na powietrzu samemu, lub jak miał ktoś nagłą sprawę, to na obgadanie tego, a granice 11-12 zarezerwowane były na kawę. potem rzecz jasna wszelakie sprawy taktyki, a jak już wszyscy zaczęli zajmować się sobą, zamykał się w swoim pokoju do godzin nocnych. tak zorganizowany plan dnia perfekcjonisty przewidywał około 2 w nocy obiad i kładł się spać, mniej więcej o 4…

a może ważne jest miejsce urodzenia? zapewne wpływu kulturowe kształtują każdego z nas. co może być niezwykłego w mieście Braunau am Inn (teraz pisząc nazwę tej miejscowości, zobaczyłam w pierwszych 5 literach nazwisko jego partnerki, ale to pewnie moja z deka nadinterpretacja)? otóż na pewno fascynujący może być dla co poniektórych fakt, że właśnie tam narodził się przywódca III Rzeszy. ale co nam po mieście. drugorzędna sprawa, przynajmniej dla mnie, przynajmniej na te potrzeb. o wiele bardziej intrygująca jest psychika Hitlera.

każdy, kto ma chociaż podstawowe pojęcia na temat, psychologii, co człowiekiem kieruje, mniej lub bardziej namacalnego, wie jak ważne są przeżycia za młodu. jak silnie oddziaływują one, na kształtowanie naszej osobowości, charakteru, zachowań… portret, niejako psychologiczny Adolfa, jest znacznie bardziej wciągający, niż mogłoby się to zdawać, patrząc pośpiesznie na to.
niewątpliwie nie mały wpływ tutaj odegrał ojciec jego, jeśli można tak w ogóle nazwać kogoś, kto na własnego syna gwizdał jak na psa, by przyszedł do niego. pomijam tutaj w ogóle tutaj fakt, że nieraz zaznał dobitnie na swym ciele Hitler ręki czy pasa jego. miał niby kochającą matkę, jednakże ona również jak cholera bała się Aloisa, więc nic tu po niej. większych sukcesów naukowych nie odnosił, matury nie napisał, a o nauczycielach również nie miał zbyt optymistycznego mniemania. kochał malarstwo, jemu chciał poświęcić swe dorosłe życie, ale nic mu nie pomagało. ani ojciec, który nie dopuszczał myśli takowej, ani ASP, które stwierdziło, że kompletnie nie umie rysować postaci ludzkich, czego wymagali. że w jego wypadku, to co najwyżej architektura…

czynniki jego życia, wpłynęły niejako tak na jego psychikę, że cierpiał on na chorobę Parkinsona. jego sztywność mięśni, powolny niedowład lewej ręki, ślinotok, dość energiczne przemawianie do tłumu. jego postawa i to jak mówił, mogłoby skłaniać nas do tego, by zaszufladkować tą postać do pięknego typa ekstrawertyka. jednak są parę opinii, pod którymi się podpisuję, że był to wbrew pozorom przykład introwertyka. dlaczego? z prostej przyczyny. nie ulega najmniejszej wątpliwości, że mówił ekspresyjnie o zagładzie Żydów. temu nie zamierzam zaprzeczać. jednak to wszystko, co on robił i jak się zachowywał przed tłumem, to była do perfekcji obmyślona gra perfekcjonisty. nie ukazywał swych emocji on. swoich prwytanych przemyśleń też niezbyt. to co mogliśmy się dowiedzieć od niego, to były jego plany, ale jakby nie patrzeć zawodowe. nikt mu nie mógł najechać w żaden sposób na prywatne odczucia bo ich nie znał. nic nie robił spontanicznie, wszystko musiał bardzo dokładnie przemyśleć i wybrać opcję najbardziej rozsądną, tą co będzie najlepsza dla jego wizerunku. jasno już nam to pokazuje, że nie mógł być to ekstrawertyk, który często działa pod wpływem jakiegoś impulsu. potrafi zapomnieć o pewnych regułach i zrobić coś co pomyślał, bez przemyślenia tego. dla Hitlera takowe postępowanie byłoby karygodne!

ze względu na swoje przeżycia wcześniejsze, nie chciał on w żaden sposób dotykać sowich emocji. bał się ich, nie wiedział jak sobie z nimi radzić, toteż właśnie jego mechanizmem obronnym, była taka a nie inna gra. ukrywał przed wszystkimi, może nawet i przed samym sobą, bo obawiał się jak cholera, co może wyjść z ujawnienia tych emocji. nie chciał zastanawiać się nad nimi, myśleć jakby tu się zachować w ich obliczu, więc wybrał niejako życiowe aktorstwo i tak to sobie zaplanował. jak pisałam, obmyślał każdy, nawet najmniejszy ruch, ale nigdy światu nie pokazał swego prawdziwego oblicza. zapewne nawet przed samym sobą, czy Braun tego nie zrobił, tylko zawsze w jakimś stopniu ta gra mu towarzyszyła i nigdy się nie gubiła. tam gdzie był on, gdzie było jego postępowanie, było i jego perfekcyjnie obmyślane działanie.

nie będę tutaj dłużej się rozwodzić nt jego psychiki. jak funkcjonował. co wpływało, a przede wszystkim z jakim skutkiem wpływało na Hitlera, bo z tego co się przeświadczyłam mało kto jest równie zafascynowany tą postacią historyczną, dlatego też nie będę tutaj zanudzać Ciebie, jeśli mistyczny „ty” w ogóle istniejesz. mało kto w ogóle chce o nim czytać, jeśli słowa nie zaczynają się, że był on pieprzonym zbrodniarzem…

 

PS: i zaznaczam. liczę, że jasne jest fakt, że w żaden sposób nie mam w zamiarze szerzenia nazistowskich ideologii, tylko ukazania człowieczej strony Hitlera. nie chcę go rozgrzeszać z tego co zrobił, tylko pokazać chociaż w niewielkim procencie, dlaczego tak postąpił. jaką miał psychikę i jak ona wpłynęła na jego działanie. liczę, że rozumiesz, że nawet o Hitlerze można mówić dość pozytywnie, a co najmniej neutralnie, aniżeli wciąż słuchać/czytać/mówić, jak to karygodnie on postąpił…

stosunek do rzeczywistości…

jako, że zazwyczaj (może i zawsze) robiąc coś, jest to wynikiem pewnego aspektu, który przedostał się do naszej podświadomości, wyłaniając pewne przemyślenia na świadomość. tak i u mnie, dzięki Maksowi i jego poście (http://alternatyw.blog.pl/2013/02/12/piekno-tkwi-w-nas/) natchnęło mnie na swoiste rozważania stosunku społeczeństwa takowego.

pieprząc się w językoznawstwo, mamy taki stan rzeczy: słowo optymizm wziął się z zacnej łaciny, określenia „optimum”, co w polaku znaczy „najlepiej”; pesymizm w sumie jak kto woli, albo z francuskiego „pessimisme”, lub łaciny „pessimus”, znaczącego analogicznie „najgorszy”. w słusznej lub mniej słusznej teorii, optymizm to niejako personifikacja człowieka w definicji (pomijając aspekty struktur białkowych i innych anatomicznych względów). człowiek to istota odczuwająca, ciesząca się z życia. pesymista…? ma zaburzone niejako odczuwanie „pozytywnych” emocji, widzący tylko złe aspekty egzystencjalizmu, co chyba jednoznacznie nasuwa nam na myśl takie ustrojstwo jak depresja. (i gwoli ścisłości. pisząc depresja, mówię o zaburzeniu psychicznym…). oczywiście, nie będziemy chwalić poniekąd Hitlera i niszczyć wszystkich pesymistów, tylko jak na to pozwala sytuacja, pomóc. tak wiem, wizja wspaniałomyślności względem drugiego jest mega mało popularne, jednak litości. po pierwsza, a/ sami sobie robimy dobrze, pomagając komuś. działamy tu na aspekt społeczny naszej psychiki, która nie jest u podstaw taką hieną względem drugiego, jak to się obserwuje w dzisiejszych czasach, że coraz częściej człowiek człowiekowi wilkiem. po drugie, b/ co nam da bycie hieną, względem drugiego? przecież okazanie współczucia, pomocnej dłoni nie jest oznaką słabości psychicznej, wręcz odwrotonie. pokazujemy w ten sposób, że nie ujmujemy człowieczeństwu. poza tym nie boimy się faktu, że gdy ta osoba, której pomogliśmy, nie będzie zagrażała naszej jednostce. pokażemy, że jesteśmy na tyle silni psychicznie, że nie czujemy się zagrożeni ze strony kogoś innego o nasze stanowisko, klasę społeczną, partnera, czy cokolwiek innego. a brak pomocy? po pierwsze okażemy się niezłą szują. po drugie, dochodzi nam kolejna negatywna cecha faktu, że będziemy utrzymywali niejako taką osobę, naszymi podatkami, które również w jakimś stopniu idą na szpitale psychiatryczne itp…. dlatego kochani, naprawdę nie chodzi mi o kochanie intelektualny i fizyczne, każdej napotkanej osoby, ale o najnormalniejszy, przynajmniej w teorii dla jednostki ludzkiej, szacunek do niej. by nie zapominać, jakże trafnego określenia do dzisiejszych czasów „teraz, gdy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie”…

zważając na tą szybką definicję, jak i osobiste podejście do życia, podpisuję się pod słowami Autora Alternatyw, życie jest zajebiście piękne. niestety ludzie, w pogoni za wirtualną kasą, pseudo samorealizacją, czy „zwykłego” gadżeciarstwa, zatracają w sobie tą cząstkę psychiki, odpowiadającą za emocje. jeśli mamy coś obstawiać, to nic innego, jak ustrojstwo zwanym mechanizmami obronnymi. to właśnie one powodują blokowanie emocji, a co za tym idzie, uczucia owszem, nadal pozostają w jednostce, jednakże są one niewidoczne dla świadomości. człowiek taki nie jest w stanie sobie poradzić z zaistniałym stanem umysłu, toteż go podświadomie blokuje. ktoś może się więc tutaj zapytać, co złego jest w takiej sytuacji? emocje nam nie przeszkadzają w interesach itd, tak. patrząc krótkowzrocznie, jest to jak najbardziej prawidłowa teoria, jednak przy spojrzeniu głębiej zobaczymy, że takie coś doprowadzi ludzi tylko do większych zaburzeń, czy nawet chorób na tle psychiki. nadal takie wspaniałomyślne? nie sądzę. no, chyba że dla psychiatrów :D