egoistyczny altruista

siema. może nie wyczerpię tutaj tematu i może poniekąd poruszę niejako dwa wątki (altruizmu i kłamstwa), ale jakoś tak wyszło… kiedyś zapewne, w innych wpisach czy dyskusjach się to bardziej rozwinie i doprecyzuje ;)

nie wydaje się Wam, że społeczeństwo coraz częściej miewa coś na wzór rozdwojenia jaźni? nie chodzi mi tu bardzo konkretnie o psychiatryczne wyjaśnienie tego, tylko taką bardziej ogólnikową wizję tego. na przykładzie chociażby prawie, że świętego jakby się zdawało ks Pieronka, który wbrew pozorom broni pedofilii (http://www.youtube.com/watch?v=iP1y3cnMvrI&feature=player_embedded), jakby od tego zależało jego życie. natomiast gdyby rozchodziło się o takowe czyny u świeckiej osoby, to już widzę pełną agresji wypowiedź, jakim prawem coś takiego istnieje. że takowe czyny trzeba potępiać, odpowiednio karać… z jednej strony mamy człowieka, który (przynajmniej teoretycznie) szerzy miłość do bliźniego, pomoc biednym i ogólną sielankę. natomiast z drugiej strony ukazuje nam się człowiek podstępny cholernie. przez swą sutannę, chce uwiarygodnić swój wizerunek i argumentuje podle pedofilie, ukazując tym samym, że dorosły jest ważniejszy od bezbronnego dziecka.

i właśnie na tym przykładzie chciałam zobrazować zachowywanie się większości ludzi dzisiaj. jak często spotykamy się z postępowaniem danej jednostki, która w pewnej sytuacji jest o cechach kompletnie antagonistycznych, w odniesieniu do wyznaczników [danej osoby] z sytuacji innej. i nie mam na myśli tutaj dyplomacji, bo to zupełnie co innego. jasne jest, że niekiedy trzeba zrezygnować z ekspresji, by czegoś osiągnąć, jednak mówienie jako o swoim stanowisku, dwóch kompletnie różnych stanowisk. żyjemy w społeczeństwie, które milczeniem przyzwala na kłamstwo, kolesiostwo i jeden wielki burdel. przymykamy oko na wszelkiego rodzaju przekręty, usprawiedliwiając to, że tak dzisiaj jest i nic się z tym nie da zrobić. żyjemy w społeczeństwie, które jest na swój sposób jednym, wielkim skupiskiem schizofreników. i czemu? czemu ma to cholera służyć? przecież swoiste myślenie społeczne (idąc duchem Istota człowieczeństwa M. S. Gazzaniga) mówi nam o tym, że sama biologia, odpowiadające za prawidłowe funkcjonowanie mózgu, a co za tym idzie, by odpowiednio funkcjonować w życiu społecznym, przystosowała nas do tego, by mieć w sobie grosz altruizmy (który jak się okazuje, nie koniecznie musi być bezinteresowny w 100%). robiąc coś pomocnego innemu, w zależności od relacji łączących, skutkuje to na przyszłość. nawet nie tyle co dla innych, ale dla samej jednostki, która wcześniej pomogła komuś, niejako bezinteresownie.

tutaj właśnie dochodzimy do punktu, który jasno i czytelnie pokazuje nam, że kompletnym ignoranctwem, gdzie paradygmatem jest idiotyzm, jest zachowanie jednostki, która całkowicie ma gdzieś losy tych, co wokół niej się przewijają. bo jej się nie chce. bo to nie jej biznes. bo ona śpieszy się na szybki numerek z szefem… a do czego to doprowadzi? jasne jest, że do zaniku prawdziwego człowieczeństwa, jeśli rozprzestrzeniać się to będzie wciąć jak dżuma. przyzwalanie na kłamstwo na każdym kroku, w każdej sytuacji, może i dla niektórych ale absurdalnie może do tego doprowadzić… i ludzkość stanie się bez emocjonalnymi, pozbawionymi empatii (nawet tej egoistycznej) i jakichkolwiek moralniaków jednostkami, swoistymi robotami, złożonymi ze struktur białkowych? do tego społeczność świata chce doprowadzić, czy naprawdę jest aż tak bardzo krótkowzroczna?

mowa, nie tylko ciała

siema. jak w tytule. o mowie ciała dużo się mówi, zaś o języku praktycznie w ogóle…

czy kiedykolwiek kogoś, poza badaczami, intrygował sposób mówienia i tego jak to wpływa na odbieranie u odbiorców jego i wartości przekazywanych przez mówcę? dużo mówi się o mowie ciała, analizuje ją się, tworzy odpowiednie konteksty, a o mowie w sensie językowym gówno się mówi. czasem może ktoś się odważy skrytykować tudzież opisać pewne formy językowe, ale jeśli nie jest się Bralczykiem, to od razu spada na niego stos oburzenia i zaszokowania, że po cholerę rozważać nad takim czymś. sądzimy, że jeśli coś jest codzienne i powszechnie używane, nie ma to sensu, by rozkładać do naga na czynniki pierwsze dany aspekt. nie myślimy o tym, natomiast podświadomie szufladkujemy ludzi po sposobie mówienia. pokazuje nam to jasno, że skoro ludzie ma w sobie takowe stereotypu, które pchają nas do takich czynów. a fakt, że takie łatwe do ogarnięcia nie jest, to już inna sprawa. jednak nie można pieprzyć czegoś tylko dla tego, że coś jest trudniejsze, niż zapalenie porannego papierosa…

jasne jest, że ktoś może wyjechać poniekąd z kontrargumentem, że przecież to co się mówi, nie jest równoznaczne z tym co się mieści w mózgu. zapewne gdyby nie było podziałów na osobowości, to i nie byłoby żadnych póz. można by rzec, że każdy byłby przykładowym ekstrawertykiem. jednak tak nie jest. mamy jeszcze introwertyków i neurotyków, a to dopiero swoisty początek psychologicznej góry lodowej. przez niezliczony stos póz, które przyjmujemy każdego dnia, stwierdzenie to staje się bezpodstawne. sami po sobie widzimy, że kontrolujemy się w niektórych sytuacjach, jak się wysławiamy. a to tyko dla tego, by wywrzeć odpowiednie wrażenie. nie chcemy zaszkodzić sobie w relacjach uczeń – nauczyciel, to zachowujemy ogładę pt formułki na per pan/i; uśmiechamy się, by nie odpowiadać na pytanie „co się dzieje” i inne przykłady z życia wzięte, dobrze znane każdemu.
dlaczego więc zaczęłam w ogóle myśleć o tym, co można usłyszeć w słowach, jednak między słowami? przecież, ktoś może być introwertykiem przybierającym pozę niczym Hitler* i nic nie pokazać otoczeniu, co tak właściwie myśli czy czuje. a taki ekstrawertyk, będzie impulsywnie wszystko niejako robił i nie będziemy mogli zorientować się z łatwością, czy to co powiedział to chwilowa fanaberia neuronowa, czy rzeczywisty pogląd. a o neurotykach już nie wspominając. ano wzięłam się, za taki pogmatwany kawałek relacji interpersonalnych, ponieważ jak to ja. fascynuje mnie wszystko co z człowiekiem związane. a to, jak homo sapiens się ze sobą porozumiewa, jest cholernie intrygujące, to pozostaje tylko jedno pytanie, a mianowicie why not?!

żeby właściwie zrozumieć, co autor miał na myśli, tak jak i w mowie niewerbalnej, trzeba rozważać całościowo, wsyztskie razem znaki, a najlepiej byłoby kogoś znać osobiści i prywatnie, by mieć pewność. porozumiewamy się ze sobą, by współnie razem koegzystować. przekazujemy w ten sposób sobie jakieś informacje. by właściwie zinterpretować myśli drugiego trzeba dokładnie go słuchać. często, jak osoba nie mówi tego, co w istocie myśli, w przeciągu dosłownie kilku chwil, może sobie zaprzeczyć. może się zacząć jąkać, mogą zwęzić się jej źrenice, czy mieć nerwowe ruchy. w tedy mamy jasność sytuacji i wiemy, że coś jest nie tak. ale to tylko jak mamy łatwiejszą opcję. dzieje się tak, gdy osoba nie jest najzwyczajniej w świecie przyzwyczajona do kłamstwa, lub inne czynniki (np. poddenerwowanie) wpłynłęy na fakt, że nie umie ukryć braku mówienia prawdy.
jeśli zaś mamy do czynienia z wyśmienitym kłamcom, w jego mniemaniu rzecz jasna, musimy się nieco bardziej skupić. może wystąpić aspekt źrenic, jednak oznaki fizjologiczne typu pot, już nie. braku zdenerwowania nie będzie nawet grama. będzie taka osoba mówiła zapewne czytelnie i zrozumiale dla odbiorcy, a jego argumentacja będzie nienaganna. nie myślmy, że znajdziemy argumentacje ad persona. o nie, przecież to by zdradziło jego odczucia względem kogoś, a napadać na przyjaciela przecież nie będzie. w takiej sytuacji najlepiej znać kogoś osobiście, albo co najmniej znać jego sposób mówienia na przestrzeni x czasu. przez to, będziemy mieli jaśniejszy ogląd na jego poglądy. nie ulega przecież najmniejszej wątpliwości, że w przeciągu, dajmy na to paru miesięcy, jeśli nie mówi się prawdy, argumentacja będzie różniła się od siebie i argument a, z argumentem b, nie będzie miał pewnie wiele wspólnego, toteż własnie przez takie baczne słuchanie ogarniemy się, że mówca nasz, nie myśli w istocie, tego co mówi. natomiast jeśli słyszymy tylko tu i teraz dany przekaz, to nie pozostaje nam nic innego, jak dokładne słuchanie i obserwowanie jego czynności podświadomych. można też zadawać pytania, po których z odpowiedzi można też wiele wywnioskować. mało kto kłamiąc przecież jest nastawiony na niespodziewane pytania…

nie ulega jednak najmniejszemu poddaniu w wątpliwość, faktu że jeśli ktoś nie chce zdradzić swoich uczuć, to każdemu się to uda. w bliższych kontaktach interpersonalnych pozostaje nam po prostu ufność i słuchanie drugiego, oraz konsekwentne trzymanie się ustalonych wcześniej zasad. a co o dalszych znajomościach? nie ma co się zanadto przejmować. nie mają realnego wpływu takowe osoby na nasze życie, więc raczej powinno spłynąć po nas ten fakt. można oczywiście bawić się pytaniami, czy słuchaniu danej osoby mega uważnie i potem wyśmienicie wykorzystywać, to swoiste plątanie się w wypowiedzi… nie pozostaje nic innego, jak życzenie po prostu miłej zabawy ludzkimi wypowiedziami :D

 

*z życia poza internetowego, wiem że to jest mega sporna kwestia, dlatego kiedyś tam zapewne napiszę, czemu właśnie ten dyktator, przemawiający z takim zaangażowaniem o polityce III Rzeszy, jest wbrew pozorom introwertykiem. przynajmniej dla niektórych :)

zawieszona kawa

siema ponownie. dzisiaj o tym, o czym można nie tyle co usłyszeć, ale przeczytać, chociażby z zacnej tablicy XXI wiecznego Boga facebook’a. o tz zawieszonej kawie. nie będę rozpisywała się na temat wiarygodności tego „biznesu”, bo tutaj z pewnością jest tyle opinii, ile debatujących o tym ludzi. na podstawie tej kawy, chcę porozważać nieco nad dobrym aspektem człowieka. tak dla odmiany, torchę optymizmu dla człowieka dam, niż jak zwykle to ja pisałam, o nędznej szarówce.

zawieszona kawa to nic innego jak mechanizm z nutą człowieczeństw za sobą. polega on, że wchodząc do kawiarni, czy czegokolwiek podobnego do sieciówek rodem z amerykańskiego snu, poza kawą dla siebie „zawiesza” się kolejną dla bezdomnego. w ten sposób osoba pozbawiona jakichkolwiek finansów, dochodów może zapomnieć o beznadziejności świata, której ją dotknęło i napić się czegoś ciepłego, wartościowego nie tylko dla organizmu ale też i dla psychiki poniekąd. jest to wykorzystanie naturalnych paradygmatów jednostki ludzkiej, którym jest dobro. dobro szeroko rozumiane i praktykowane. jasne jest, że pojęcie to, jak wiele innych pojęć w dzisiejszych czasach jest pojęciem względnym, jednak są rzeczy, które bardzo trudno zakwalifikować do innej kategorii. każda jednostka ma skłonności dobra, jak i złe. sama, przez swój moralniak, dokonuje nieustannego wybory między tymi dwoma aspektami. tutaj jasno widzimy chęć pomocy drugiemu. chęć wsparcia go, w choćby najbanalniejszy sposób w trudnej dla niego sytuacji. i to jeszcze bez chwały dla siebie, bez nawet podziękowania ze strony odbiorcy. nie wiadomo kto dostanie tą kawę…. taki mały gest. pokazuje nam to jasno, że ludzie, nawet w czasach wszechobecnego konsumpcjonizmu i prężnie rozwijających się korporacji ludzie chcą dobroci dla innych. podświadomie mogą oni wierzyć, że pomagając teraz, niby bezinteresownie, otrzymaj,ą oni sami kiedyś pomoc, w chwilach dla nich tego wymagających. karma tak zwana przez niektórych.

podpierając się, jakże kochanymi przez masy definicjami, jednostka ludzka jest wyrazem osoby i osobowości w świecie materialnym, poprzez ciało i jego wymogi. losy osoby są zatem uzależnione od warunków, w jakich przebywa, żyje i działa jednostka. jednostka ludzka jest narzędziem realizacji celów osoby, współtworzenia nowej cywilizacji i kultury. odruch dobra może mieć różne podwaliny i trudno byłoby je szybko i zwięźle ująć. dla niektórych może być to najbardziej znana teoria psychologiczna, czyli dobro kojarzone z miłością matczyną, zaznaną w dzieciństwie, a niektórym wspominają się po prostu pewne przyjemne wątki w swoim życiu. wyraz osoby, czyli to jacy jesteśmy na co dzień, bez żadnej kurtyny kłamstwa, nasze postępowanie, myśli, cechy osobowości i inne czynniki składające się na pełen opis danej persony. w tedy najlepiej ukazuje się nasze prawdziwe ja. dlatego, według mnie, heppenig typu zawieszona kawa, jest przywróceniem wiary w człowieczeństwo. anonimowo, bez żadnego rozgłosu robimy komuś dobrze, a przynajmniej do tego dążymy. myślimy, nam się dobrze powodzi, komuś niekoniecznie, to logiczne że pomogę.

jak wszystkiego, są różne formy pomocy, to czemu by nie wybrać takiej? czemu by nie dać biednemu człowiekowi ciepłego napoju? nie dać mu odrobinę uśmiechu na twarzy, szczęścia, wywołanym dobrym smakiem kawy? no właśnie, czemu by nie zrobić dobrego gestu w stronę biednych i nie wprowadzić takiej nieformalnej tradycji tu, u nas w Polsce? by chodź trochę było weselej na tych szarych, przepełnionych pesymizmem ulicach? nie rozpatrujmy tutaj niezliczonych scenariuszy, typu „pewnie kelner ją sobie wypije”, czy „skąd biedak będzie wiedział, by wejść do mainstreamowego lokalu? jasne jest, że pewnie będą i takie przypadki, ale cholera jasna! zawsze znajdzie się minusy, a by stwarzać świat lepszym (ile się tego słyszy wszędzie, ale gówno z tym masy robią)najlepiej działać pod impulsem. nie rozpatrywać nic. czujesz chęć uśmiechnięcia się do przygnębionego pasażera autobusu? droga wolna. po cholerę rozpatrywać czy warto tutaj? chcesz i możesz kupić tą dodatkową kawę czy herbatę? zrób to na litość, a nie zastanawiaj się nad losami jej, jakby od tego zależały postępowania nie wiadomo kogo. zobaczysz starego człowieka z zakupami i poczujesz chęć pomocy mu? pieprz pytania i inne wątpliwości i podejdź do niego i po prostu na litość mu pomóż. nie zastanawiajmy się nad wszystkim zanadto, bo życie przecieknie nam przez palce. do bycie dobrym, do robienia drugiemu dobrze nie trzeba stu tysięcy powodów. czasem warto zadziałać pod impulsem…

wolność

siema. kolejny dzień i kolejny wpis o postępowaniu społeczności naszej kochanej. tym razem trochę po babram się w rzekomą wolność i fakt, że większość nie potrafi z niej za dobrze korzystać.  o tym, że ludzie zatracili w sobie i tak już małą cząstkę wspaniałomyślnej empatii.

żyjemy w czasach, gdzie pogoń za kasą jest wszechobecna. gdzie dąży się do pieprzonej samorealizacji nie zważając na nic, ani na nikogo. własną matkę, która wiele dla ciebie egoisto poświęci, sprzedasz za marne grosze, byleby mieć oczko wyżej w korporacyjnej hierarchii. powie się, matka piła i biła mnie jak byłem małym człowieczkiem, a tabloidy to pięknie napiszą. no dobra, jeszcze dla niektórych zostaje załatwianie sobie profitów pod stołem ustami. i spoko. dla mnie jest znacznie uczciwsze, niż rozkładanie prywatnych kart przed całym światem. chcesz to proszę, to jest Twoje ciało i Ty nim gospodarujesz. może niezbyt uczciwa konkurencja, względem innych oponentów, ale przynajmniej szanująca drugiego człowieka, pamiętająca o bliskich. pracowanie samym sobą, własnym intelektualnym potencjałem, na swoją przyszłość.

ktoś kiedyś powiedział „żebyś żył w ciekawych czasach„. na całkowitą monotonię nie możemy narzekać. z jednej strony widzimy dwóch papieży, w ojczystych krainach istnieje prawdopodobieństwo, że przy 16stce na karku będziesz człowieku wybierał sobie płeć, a na wschód znów się wkurzają – czy to przez „aferę” Golden Rice, czy niebezpieczeństwo wojny… chodzi tu o swoistą parodię, że z jednej strony lenistwo jest wszechobecne, wszystko odkłada się na świętego nigdy, natomiast po przeciwnej stronie widzimy nie ustający, nawet o 3 nad ranem wyścig szczurów. mamy żyć w ciekawych czasach? proszę bardzo. parodia i komizm bijący nawet od dzieciaków z podstawówki, wychodzących na szluga podczas długiej przerwy. nie dziwię się więc, że niektórzy nie wiedzą jak żyć. czy być laską którą każdy już zmacał, a może z dziewictwem poczekać do ślubu? czy być kolesiem przepuszczającym w drzwiach kobiety z szacunku, czy tylko dlatego by bezkarnie patrzeć się na ich tyłek? oczywiście, jeśli ktoś jest takim poniekąd ignorantem jak ja na opinię innych, nie znaczących jednostek, to będzie to walił i postępował, tak jak jest mu dobrze, a w swoim otoczeniu bliższym bądź dalszym, będzie utrzymywał persony, które wnoszą coś pozytywnego do jego życia i akceptują go takim jakim jest. jednak wiem, że nie każdy tak może, nie każdy tak potrafi, nie każdy ma silną psychikę i ważne jest dla niego co o nim myśli. i luz. nie mówię, że jest coś w tym złego. tutaj nie ma zbytnio trafnego dzielnie na dobrą opcję i złą. to po prostu różnorodność w świecie, której nikt chyba nie chce zamazać. chodzi mi tu bardziej o ogólny obraz myślenia społeczeństwa na pewne zdarzenia.
teraz mamy niby więcej wolności względem przeszłych czasów, ale zróbmy stop klatkę. tu, właśnie teraz. co nam to cholera daje, że mamy rzekomą, wszechogarniającą nas wolność, rozciągającą się na wszelkie możliwe galaktyki? ogólnikowo nic. ogólnikowo wciąż każdy jest w czyjeś niewoli – czy to będąc pod telefonem dla szefa na każde skinienie, czy robiącym każdemu lekcje w klasie. najmniejszy sprzeciw i hasta la vista baby. ale takiemu stanowi rzeczy ludzie są sobie sami winni. nie mówię, że trzeba być egoistyczną pieprzoną hieną, żerującą na niepowodzeniach innych, ale liczę, że chodź dla niektórych jeszcze coś znaczy empatia i to nie w kontekście zupy z Azji. liczę, że są ludzie którzy potrafią realizować się w pełni pod każdym możliwym względem, jednak czasem otwierając się też na drugiego. i wiecie co jest w tym pięknego? fakt, że pomagając komuś w jakikolwiek sposób, dzięki tej osobie, robimy sobie sami dobrze i to nie koniecznie dłonią pod kołdrą w nocy.  chcemy wolności, ciągle niby o nią walczymy, a jak już ją się posiada to dupa. nic się z tym nie robi, bo trzeba by było włożyć trochę wysiłku i wziąć odpowiedzialność za swoje życia, a nie powierzać wszystko innym. innym, którzy mają gdzieś twoje sprawy. chcą tylko osiągnięcia wyznaczonego samemu sobie celu, a jak mają do dyspozycji jednostkę pozbawioną własnego zdania, a raczej jednostkę nie ujawniającą swojego zdania, nie umiejącą go obronić to się uśmiechają uśmiechem numer 2 do niej i piękną manipulacją, przez nią osiągają to co chcą. to jak w końcu? ludzie chcą tej wolności, czy chcą ciągle żyć na regułach pan – wasal? bo nie wydaje mi się, że ktoś chce być perfidnie wykorzystywanym do czyiś celów, zatracając w ten sposób samego siebie…

dlatego naprawdę. wystarczy zmienić tak niewiele w swoim życiu, by całkowicie korzystać z danej nam prawnie wolności. trochę wysiłku, trochę odpowiedzialności i decyzyjności może zmienić wiele przede wszystkim dla samego siebie, a jak się zbierze więcej takowych jednostek to i dla całego globu. niech zbierze się więcej takich wolnomyślicieli cieszących się z życia i wkładającego w świat optymizm i postęp. nie wierzmy od razu czemuś co usłyszeliśmy od kogoś, tylko wypracujmy rzeczywiste własne zdanie na dany temat i okazujmy go, a nie milczmy jak coś jest według nas nieprawidłowego.

postęp

siema. dzisiaj o tym co nas otacza przede wszystkim, mniej lub bardziej namacalnie. otóż postęp to takie ustrojstwo, które raczej się nie da jednoznacznie scharakteryzować. na każdym prawie kroku można usłyszeć, jaki to on jest zły i niewłaściwy, ale mało kto by ogarnął się w dzisiejszym świecie bez niego.

przede wszystkim myślimy o postępie, jako rozwoju technologicznym. nie ulega wątpliwości, że jest on niejako najbardziej charakterystycznym objawem wszelakiego rozwoju, ale litości. nie jest on jedynym. to tak jakby scharakteryzować człowieka, że jest to jednostka złożona ze struktur białkowych, połączonych ze sobą wiązaniami peptydowymi. prawda? jest to prawdziwe stwierdzenie, ale nie daje nam całościowego oglądu w daną sprawę. zapominamy w tej definicji o emocjach, o strukturze mózgu, relacjach interpersonalnych, indywidualności i innych aspektach, składających się na pełną charakterystykę jednostki ludzkiej.

droga ewolucji, która jest niejako postępem naturalnym, pokazuje nam, jak zmienia się chociażby wielkość czy powierzchnia naszych organów, dla lepszego przystosowania gatunku ludzkiego, do panujących warunków zewnętrznych. W porównaniu z przeszłością, chociażby na podstawie pojemności czaszki, która u  Homo neanderthalensis wynosiła 1520cm3, a dziś wynosi ona o 180cm3 mniej, jasno pokazuje nam, że na przestrzeni tysiącleci nasz gatunek się tak wspaniale wyspecjalizował, by na mniejszym metrażu, zmieścić to samo umeblowanie. W procesie myślenia dochodzimy, więc do wniosków, że sama biologia, robi z nas poniekąd bardziej inteligentne jednostki, lepiej przystosowane byty (rzecz jasna przynajmniej w teorii Kochani), a idąc trendem minimalizmu, małych powierzchni, daje nam takową możliwość, nie nosząc na kręgosłupie nie wiadomo jakiego obciążenia wagowego. i czy to nie jest wspaniałe? że natura stara się być kompatybilna z nauką, mnie lub bardziej „świadomie”? teraz tylko kwestia tego, jak my ludzie wykorzystamy ten swoisty dar biologii i czy go wykorzystamy w pełni, by wycisnąć z niego jak najwięcej, czy go zmarnujemy przed ślepymi serialami czy wiadomościami ukazującymi tylko jedne, nie zawsze właściwy tok rozumowania. pokazują to, co ktoś sobie wykreował dla dobrego marketingu, wysokiej oglądalności, etc. właśnie, gdyby nie ten wspaniały organ, zwany mózgiem, mający u nas cholernie wielki potencjał, ludźmi rządziłaby całkowicie natura. nie chce tutaj mówić, że w żaden sposób nie działami pod jej presją, jednak nie mielibyśmy prawa, tylko naszym nadrzędnym, a może i jednym prawem byłoby prawo dżungli – wygrywa silniejszy. znów ujawnia się mi zbytnia wiara w jednostkę człowieczą, tak? możliwe. możliwe, że ogólnikowo patrząc na społeczeństwo trochę za bardzo przeceniam intelekt, możność rozumowania, kontaktowania się z innymi itd. ale na bogów. wbrew powszechnej teorii, inteligencja nie jest jedna na całe życie! ani inteligencja, czyli kochane IQ, ani  ta emocjonalna, czyli mniej rozpowszechnione EQ (dla tych którzy chcą wszystko szybko, a nie wiedzą o co chodzi http://pl.wikipedia.org/wiki/Inteligencja_emocjonalna , natomiast dla bardziej dociekliwych   odsyłam do http://www.empik.com/inteligencja-emocjonalna-goleman-daniel,57201,ksiazka-p ) nie jest nadana nam w życiu prenatalnym, raz na całe życie. nie ma więc logicznej argumentacji na debilizm, bo inaczej się tego nie nazwie, szarówki. jest rzecz jasna duże prawdopodobieństwo, że jak się urodzimy w rodzinie alkoholików, prędzej czy później sami zaczniemy pić, ale w gruncie rzeczy to od nas zależy. nie całkowicie na pewno, ale w dużej mierze. można być na samej górze i się stoczyć, jak i nie mieć zbytnio optymistycznego startu, a podbić świat. tylko do jasnej cholery nie można narzekać na wszystko i wszystkich i robić na każdym kroku spychoterapii. wkurza mnie dlatego funkcjonowanie szarej masy, bo nie marnuje swój potencjał. nie daje nic dla innych z siebie, tylko jest pieprzonym darmozjadem i pasożytem, umiejącym wyciągać tylko rękę po więcej, na kolejną flaszkę i ruskie fajki. to przez takich tworzą się znaczne podziały, bo Ci co sobą coś reprezentują nie ma bata, nie zniżą się do pewnego poziomu, toteż niekiedy zacisną zęby, bo wiedzą że jest w tym jakiś cel. wiedzą, że chwila wysiłku da im w przyszłości, nawet wcale nie tak bardzo odległej, życie takie jakie oni sobie tylko zaplanują i jakie będą oni sami chcieli. będą sterować swoim losem, na własną korzyść, a nie los nimi. nie są krótkowzroczni, a to w dzisiejszych czasach jest mega niebezpieczne…

jak to mówił Wojnowicz: „Doświadczenie historyczne wskazuje na to, że właśnie absurdalne, a nawet zupełnie idiotyczne idee najłatwiej opanowują umysły mas”. tego chyba nie trzeba rozwijać. mówi to samo za siebie, że ładnie coś przybrać w słowa, oprawić w popularną melodię, a do tego polać tyłki miodem ludziom, to masy to przyjmą i będą domagały się jeszcze więcej…

 

sex

ekshibicjonizm kojarzy nam się raczej z pokazywaniem w całości, bez żadnych zbędnych przykrywek, swego ciała. u niektórych wzbudza to pełną namiętności fantazję i chęć takowego zachowania, u innych odrazę i jedną wielką patologię. nagość proszę Państwa. nie ulega wątpliwości, że właśnie rozbieranie się na środku ulicy, czy chociażby na plaży, bez żadnego ubrania, nawet najbardziej skromnych stringów, kojarzy nam się właśnie z tym słowem. jest to pieprzenie nabytego wstydu. czemu nabytego? bo właśnie dzieci, podczas formowania niejako ich psychiki, spojrzenia na świat, moralniaka etc., zostało wpojone, że trzeba się ubierać. od taka norma, czy może nawet i zasada. ale czy właściwie jest coś złego w nagim ciele? czy mamy się czego wstydzić? czy naprawdę mamy ujawniać ją tylko w sypialni z partnerem i to jeszcze tylko w tradycyjnych pozycjach, bo przecież odrobina fantazji i uprawiania sexu chociażby na blacie, to nie przystoi… ludzie kochani. oczywiście, nie mam na celu mówić, że na co dzień, czy na maturę mamy iść nago, jednakże nie wstydźmy się jej.

ekshibicjonizm wziął się właśnie ze skrajności. jak często w dzisiejszych czasach widzimy właśnie skrajności? skrajna prawica lub skrajna lewica? ateista lub fanatyk? inteligent lub debil? optymista lub pesymista? ścisły umysł lub human? … zewsząd mówi nam się albo o pełnym namiętności zbliżeniu między dwojgiem (lub więcej) jednostek, albo o życiu owładniętym przez nieustanny celibat. znalazła się więc grupa ludzi, która miała już tego dosyć po całej linii, więc zebrała się niezorganizowaną niejako grupę ludzi, tworząc chociażby plaże dla nudystów. miała dość ciągłego zakrywania ciała, bo nie ma się cholernych idealnych wymiarów ciała. matko kochana! jaki to ma sens? ciągłe głodówki, odmawianie sobie kawy z bitą śmietaną posypaną czekoladą, kebaba, czy cokolwiek równie dobrego. kochani, serio nie widzicie że to błędne koło systemu? szeregowanie na silne jednostki, a słabe odrzucenie? silna psychicznie osoba, będzie pieprzyła wszystkie pseudo idealne kształty, będzie miała swoje zdanie i inne aspekty potwierdzające, że jest niezależnym od systemu bytem. słabe się porywa w czarną otchłań nakazując pewien tok rozumowania. nakazuje się, rzecz jasna dając rzekomy wolny wybór, jednak takowa osoba z niego nie skorzysta, bo przy treściach podanych w miarę logicznie przyjmie je, bez zastanowienia czy to ma w ogóle jakiś sens. takowa persona będzie ciągle się przejmować tym co inni o niej powiedzą, a jak to pp mówi „nie patrz na innych. oni ci jeść nie dają”. pokazuje nam to w jasny sposób, że nie warto patrzeć na to co inni, tylko na to co ja. co ja chcę, to czego ja pragnę. w ten właśnie o to prosty sposób będziemy szczęśliwi. i naprawdę, nie ma nic złego, a nawet w dobrym tonie jest zaakceptowanie siebie, swojego ciała. owszem, wygląd jest ważny, biorąc chociażby pod uwagę dobór partnera życiowego i mówi wam to kobieta z tego co anatomia podpowiada, ale intelekt nie wystarczy. więc kochane kobiety. litości. nie miejcie pretensji, że faceci patrzą na cycki, na to jak laska wygląda. przecież padnę śmiechem jak mi któraś będzie próbowała wmówić, że nie ocenia kolesia po wyglądzie. ileż można słuchać do zżygania „rozmów” koleżanek obrabiających kogo popadnie z wyglądu. przecież po czymś takim się serio nie dziwię, że niektórzy faceci mają takie a nie inne zdanie na temat lasek. dlatego Kaśka dobra rada mówi wam – mówcie czego chcecie, bądźcie sobą i nie róbcie awantury o byle co.

ale powracając do tematu, bo niejako zboczyłam. ekshibicjonizm, właśnie ta nagość nie musi wcale być rozumiana jako tylko i wyłącznie nagość cielesna. przynajmniej według mnie. można być nagą jednostką w sensie psychicznym, czyli pokazywanie swoich uczuć całkowicie i bez oporów, czy mówienie tego co się myśli. jak bardzo jest to potrzebne w dzisiejszych czasach, a jak rzadko stosowane? nie bójmy się swojego nagiego ciała, swoich nagich neuronów okrytych „jedynie” w intelekt. to jest piękne, jeśli odpowiednie się tym dysponuje rzecz jasna….

wiara w siebie

siema. jeśli komuś się wydaje, że kolejny wpis o szarówce, to tak. w sumie ma rację… :D

przede wszystkim rozpatrzymy aspekt życiowy niejako, o którym wspominał Arnold Bennet: prawdziwą tragedią jest tragedia człowieka, który nigdy w życiu nie był gotów podjąć ekstremalnego wysiłku – on nigdy nie wykorzystał wszystkich swoich możliwości, nie wzniósł się tak wysoko jak by mógł. to krótkie zdania, te parę słów ukazuje nam bardzo wyraźnie myślenie szarej masy. samospełniająca się przepowiednia – negatywne myślenie, pesymistyczne nastawienie do każdego podejmowanego przez nas zadania, będzie skutkowało niepowodzeniem. człowiek nie będzie taki zaskoczony zaistniałym wynikiem, ponieważ od razu taki wynik zakładał. nie miał wiary we własne możliwości, nie chciał uwierzyć w siebie. może to wina kompleksów z dzieciństwa, może gorszy nastrój, depresja… pomijając ostatni aspekt, który zostawiamy specjalistom, czy ktoś jest wstanie ogarnąć czemu tak się dzieje? ktoś może powiedzieć, że to wina wychowania, jednak jeśli widzimy jakiś negatywny apsket w naszym życiu nie możemy na niego się godzić i żyć w przekonaniu „bo tak musi być”. metoda małych kroków. niby trywialne, acz bardzo pomocne, nie ulega to najmniejszej wątpliwości, tak. można samemu próbować zmienić nastawienie w lżejszych przypadkach, można wysilić się na terapeutą. no ale tak, po co to wszystko? lepiej umartwiać się nad własnym losem i robić z siebie ofiarę. przecież lepiej zyć w ciągłym smutku, nie nadwyrężając mięśni brzucha od śmiechu, gdzie ludzie Ci pomagają aż nadto, bo ty przecież taki biedny, mało pewny siebie, a przecież taki inteligentny… gdyby zachować dyplomację to powiedziałoby się się, że to dość przykre, ale ja jak zwykle pieprzę kochaną dyplomację i powiem, że to wkurzające. przynajmniej dla mnie. człowiek, z definicji, powinien żyć dla siebie owszem, ale w tym całym egoizmie nie zatracać się we własnym ego i być dla innych również. dlatego wkurza mnie podejście szarówki do braku we własne możliwości. po pierwsze, zero produktywności i innowacyjności dla społeczeństwa, po drugie brak wykorzystanie swego potencjału. to jest absurd. żyć tylko po to, by umrzeć, toż to nie ma żadnego sensu. spotykając się z jakimiś znajomymi i tak przy wódce rozpatruje taka jednostka absurdalne problemy, które nie muszą mieć racji bytu. ale tak jak H2 z O2 nie połączy się od tak w znane H2O, taki i Ty bierzesz w pełni odpowiedzialność za swoje życie. nie ma możliwości usprawiedliwianie spychoterapii – bo to ludzie to hieny, a to szef mnie wkurwił, a to zapowiedzieli nawrót zimy…. chcąc być jednostką, która w pełni zasługuje na miano człowieczeństwa, wie z czym to się je, nie można zwalać na innych. mówiąc coś bierzesz odpowiedzialność za to. pisząc podpisujesz się, a nie bierzesz przykładów galów anonimów ze średniowiecza. taka podstawa podstaw, ale przez szarówkę zapominana bardzo. według ogółu lepiej być szelmowskim charakterem. przecież niby ujawnia się w nas wtedy nie wiadomo jaka inteligencja, chociażby ta emocjonalna. no błagam litości. knucie kojarzy się dobrze? lubimy jak ktoś za naszymi plecami robi zupełnie co innego, niż nam mówił? chyba nikt nie lubi być lekceważony, ignorownany. dlaczego więc się tak dzieje? bo ludziom łatwiej żyć na kontaktach, nie lubią się wysilać na napisanie samemu magisterkę. chcą mieć tylko papierek, który w teorii świadczy o ich wiedzy na dany temat, a w istocie w dużej liczbie wypadków to gówno prawda. kiedyś będąc magistrem było się szanowanym, było się niejako elitom, a teraz? teraz każdy jest mgr, teraz by być szychą w towarzystwie trzeba mieć profesórę, a wcześniejsze etapy traktować jak obowiązkową podstawówkę. serio to ma jakiś sens? jak ja go nie dostrzegam to niech ktoś mnie oświeci, przywróci większą wiarę w ludzkość.

ludzie, serio. każdy ma jakiś potencjał w sobie, choćby najmniejszy. więc cholera, niech zacznie brać odpowiedzialność za swoje życie i zacznie coś robi, a dzięki odrobinie wysiłku, efektem ubocznym będzie radość z życia. jak się ma klapki na oczach i ślepo podąża jak koń na rzeź w zyciu, to taka egzystencja nie ma najmniejszego sensu…

kabaret z innej strony

tak proszę Państwa. jednak szkoła może zainspirować. robienie projektu może natchnąć do kolejnego wpisu chociażby…
kabaret jaki jest, chyba każdy wie. przynajmniej ten w dzisiejszych czasach. powierzchownie, na pytanie jak wygląda kabaret, co to jest, odpowiedź to parę ludzi na scenie, mówiących pewną kwestię, gdzie niekiedy widzowie się śmieją. zgadza się? zapewne tak, ale spójrzmy na to głębiej. o czym „ci na scenie” mówią? najprościej ujmując to, to mówią o życiu w ironiczny sposób. ale skoro kabaret, to kultura wysoka (przynajmniej w teorii, kiedyś), to czemu szarówka się śmieje? czemu czerpie z tego rozrywkę? rozumie te treści? a może śmieją się, bo inni się śmieją i nie mogą pomyśleć, że nie rozumiem danej sceny? w moim subiektywnym odczuciu, jest to wołanie ostatnią deskę ratunku do mass, by zaczęły używać swojego potencjału, który kryje się w ich neuronach, znajdujących się w mózgu. zbyt fikcyjne wierzenie, że tak jest? możliwe, jednak ostatkami wiary w ludzkość, chcę tak myśleć. chcę myśleć, że są jeszcze jednostki, które dostrzegają dobitnie potencjał chociażby kabaretu, czy jakiejkolwiek innej sztuki. skoro jest to satyra, to już dostrzegamy, że Ci co tworzą dany skecz musza wnosić coś do życia, w sensie intelektualnym. muszą dostrzegać pewną parodię, w danej tematyce i perfekcyjnie ją wykorzystać do celów artystycznych. pochodna artyzmu nie została tu użyta przypadkowo. powinna być to niejako forma wysokiej kultury, pokazywanej w dostępny dla szerszej publiczności sposób.
robienie czegoś w oparciu o kulturę tą wyższą, zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem braku zrozumienie – przede wszystkim w dzisiejszych czasach, gdzie prawdziwa muzyka, jest zastępowana gównem, książki piszę każdy debil, a telewizja całkowicie schodzi na psy… jednak są ludzie, którzy chcą przeciwdziałać wszechobecnej głupocie i ignorancji na ambitniejsze tematy. z całych sił, próbują chociażby minimalnie przywołać mitologię, w bardziej humorystyczny i współczesny sposób, jak to wyśmienicie zrobił Kabaret PUK (http://www.youtube.com/watch?v=yULQAmI2Uq0). i chwała takim ludziom, bo to oni właśnie tworzą świat piękniejszy i odrzucają chociaż trochę skrawek debilizmu w dzisiejszym świecie…

stosunek do rzeczywistości…

jako, że zazwyczaj (może i zawsze) robiąc coś, jest to wynikiem pewnego aspektu, który przedostał się do naszej podświadomości, wyłaniając pewne przemyślenia na świadomość. tak i u mnie, dzięki Maksowi i jego poście (http://alternatyw.blog.pl/2013/02/12/piekno-tkwi-w-nas/) natchnęło mnie na swoiste rozważania stosunku społeczeństwa takowego.

pieprząc się w językoznawstwo, mamy taki stan rzeczy: słowo optymizm wziął się z zacnej łaciny, określenia „optimum”, co w polaku znaczy „najlepiej”; pesymizm w sumie jak kto woli, albo z francuskiego „pessimisme”, lub łaciny „pessimus”, znaczącego analogicznie „najgorszy”. w słusznej lub mniej słusznej teorii, optymizm to niejako personifikacja człowieka w definicji (pomijając aspekty struktur białkowych i innych anatomicznych względów). człowiek to istota odczuwająca, ciesząca się z życia. pesymista…? ma zaburzone niejako odczuwanie „pozytywnych” emocji, widzący tylko złe aspekty egzystencjalizmu, co chyba jednoznacznie nasuwa nam na myśl takie ustrojstwo jak depresja. (i gwoli ścisłości. pisząc depresja, mówię o zaburzeniu psychicznym…). oczywiście, nie będziemy chwalić poniekąd Hitlera i niszczyć wszystkich pesymistów, tylko jak na to pozwala sytuacja, pomóc. tak wiem, wizja wspaniałomyślności względem drugiego jest mega mało popularne, jednak litości. po pierwsza, a/ sami sobie robimy dobrze, pomagając komuś. działamy tu na aspekt społeczny naszej psychiki, która nie jest u podstaw taką hieną względem drugiego, jak to się obserwuje w dzisiejszych czasach, że coraz częściej człowiek człowiekowi wilkiem. po drugie, b/ co nam da bycie hieną, względem drugiego? przecież okazanie współczucia, pomocnej dłoni nie jest oznaką słabości psychicznej, wręcz odwrotonie. pokazujemy w ten sposób, że nie ujmujemy człowieczeństwu. poza tym nie boimy się faktu, że gdy ta osoba, której pomogliśmy, nie będzie zagrażała naszej jednostce. pokażemy, że jesteśmy na tyle silni psychicznie, że nie czujemy się zagrożeni ze strony kogoś innego o nasze stanowisko, klasę społeczną, partnera, czy cokolwiek innego. a brak pomocy? po pierwsze okażemy się niezłą szują. po drugie, dochodzi nam kolejna negatywna cecha faktu, że będziemy utrzymywali niejako taką osobę, naszymi podatkami, które również w jakimś stopniu idą na szpitale psychiatryczne itp…. dlatego kochani, naprawdę nie chodzi mi o kochanie intelektualny i fizyczne, każdej napotkanej osoby, ale o najnormalniejszy, przynajmniej w teorii dla jednostki ludzkiej, szacunek do niej. by nie zapominać, jakże trafnego określenia do dzisiejszych czasów „teraz, gdy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie”…

zważając na tą szybką definicję, jak i osobiste podejście do życia, podpisuję się pod słowami Autora Alternatyw, życie jest zajebiście piękne. niestety ludzie, w pogoni za wirtualną kasą, pseudo samorealizacją, czy „zwykłego” gadżeciarstwa, zatracają w sobie tą cząstkę psychiki, odpowiadającą za emocje. jeśli mamy coś obstawiać, to nic innego, jak ustrojstwo zwanym mechanizmami obronnymi. to właśnie one powodują blokowanie emocji, a co za tym idzie, uczucia owszem, nadal pozostają w jednostce, jednakże są one niewidoczne dla świadomości. człowiek taki nie jest w stanie sobie poradzić z zaistniałym stanem umysłu, toteż go podświadomie blokuje. ktoś może się więc tutaj zapytać, co złego jest w takiej sytuacji? emocje nam nie przeszkadzają w interesach itd, tak. patrząc krótkowzrocznie, jest to jak najbardziej prawidłowa teoria, jednak przy spojrzeniu głębiej zobaczymy, że takie coś doprowadzi ludzi tylko do większych zaburzeń, czy nawet chorób na tle psychiki. nadal takie wspaniałomyślne? nie sądzę. no, chyba że dla psychiatrów :D

14/02

siema. korzystając z wyśmienitej okazji, trochę pogmeramy w myśleniu szarej masy, czy w ogóle społeczeństwa.
chyba nie da się nie zauważyć obecności „serc”, które stoją na każdym kroku. jeżdżąc tą samą trasę, tudzież chodząc do jakiegoś sklepu niejako, w szarości otaczającego nas świata, nie da się nie zauważyć czerwonych aspektów. może ludzkość jeszcze nie zatraciła się aż tak bardzo w technologii, że niekiedy używa takiego ustrojstwa, jakim jest nasz mózg, wykonując niezwykle ambitny proces samodzielnego myślenia. się człek zacznie zastanawiać o co chodzi. święta? to gdzie te choinki, łańcuchy, bombki i najważniejsze przecież. muzyka mozolnie wyłaniająca się z głośników pt last christmas. wielka noc? jakoś chyba też nie specjalnie, bo gdzie te wszystkie kochane zające z czekoladowymi jajkami? dzień kobiet? ale to jakoś tak cieplej raczej chyba było… jakże kochany googl nam teraz pomoże i wyjaśni, że to rzekomo święto zakochanych. i większości niedoinformowanych takie krótkie określenie starczy, jeśli rzecz jasna od małego nie był bombardowany taką zacną komercją. ale jeśli ktoś jest ambitny, lubi wchodzić głęboko nie tylko w sexie i dowiadywać się więcej, może uzmysłowi sobie, że masowe serce nie jest sercem. potoczne serce , odwracając je niejako do góry nogami zobaczymy bardziej dupę człowieka, niż serce: . przepraszam, może niektórych ktoś nie uświadomił , ale serce anatomiczne zupełnie inaczej wygląda…: . więc skąd ten symbol? przecież symbole nie biorą się tak z powietrza chyba… według mnie, najbardziej logicznym wyjaśnieniem będzie odwołanie się do relacji interpersonalnych, uściślając facet – babka. to właśnie z uwielbienia obiektów seksualnych nasi kochani panowie zaczęli w niewielkim uproszczeniu, wielbić naszą tą część ciała, która się tak rozpowszechniła, że w przedszkolu na każdym kroku widzimy jak dzieciaki rysują takowe tyłki, w mega mylnym przekonaniu, że robią serce – myślą, że powoli zbliżają się do dorosłego myślenia, sądzę że właśnie tą częścią ciała, darzymy kogoś jakimś uczuciem. a właśnie. nasze wspaniałe uczucia. spytać się przechodniów właśnie o ten aspekt, zazwyczaj usłyszymy odpowiedź w stylu „kochamy sercem”, czy inne zbliżone do tego sformułowania teksty. to wpierw wypada zapytać, czy zna się takowy piękny organ? tak proszę Państwa. to właśnie to ustrojstwo, dyktuje nam nie tylko myślenie, funkcjonowanie organizmu itd., ale też odpowiada za uczucia. dalej, jeśli ktoś właśnie w tym momencie został olśniony faktem, że serce nie ma nic do gadania w kwestii naszych emocji, to niech sobie pogrzebie w internecie, lub książkach typu Pułapki myślenia czy Istota człowieczeństwa, bo jednak jakaś wiara w ludzkość jeszcze we mnie tkwi i liczę, że większość chociażby, coś kojarzy z tych uczuć dyktowanych przez mózg…
można by w sumie teraz się zastanawiać, czemu by nie zmienić więc takowego symbolu, dla lepszego rozwoju intelektualnego poniekąd. otóż nie ma kompletnie żadnego sensu. czemu? niestety, fakt niejako zaprzeczający mojej nadziei w ludzkość, szara masa się poszerza ciągle w społeczeństwie i wcale nie jest ona wybitna pod względem jakiejkolwiek inteligencji. ludzie zapominają już kompletnie o drugim, dążą do fikcyjnej samorealizacji po trupach, niezależnie jakiego rodzaju byłyby te trupy. byleby tylko oni mieli lepiej, szybciej, wygodniej… o odczuwaniu własnych emocji szkoda gadać, bo przecież przez ciągły pośpiech, mechanizm obronny naszej psychiki, jakim jest blokowanie niejako uczuć. dlatego, pod tym względem, takowe komercyjne święta, są jak najbardziej dobre, by ludzie chociaż czasem, co jest przykre, przypominali sobie o swoich bliskich czy ukochanych i okazywali im co do nich czują. przynajmniej chodź trochę, społeczna strona naszego człowieczeństwa, będzie zaspokajana…