schematy burzone przez indywidualistów

Nie od dziś wiadome jest, że społeczeństwo przepełnione jest szarej masy, która jest zakompleksiona do szpiku kości. Takie swoiste zbiorowisko indywidualistów, nie różniących się niczym od innych. Indywidualista popularny, aż ciśnie się na usta. Spojrzysz nie tak, a oni już z oburzeniem spojrzą na ciebie krzycząc „jakim prawem?” Prawem wolności myślenia i możliwości posiadania własnych poglądów.

A  żeby tego było mało, popularnych indywidualistów kłamców. Mówią, że chcą prawdy, ale można tylko mówić pewne słowa. Chcą tolerancji, ale homoseksualizm to zboczenie. Chcą myśleć, ale jakiś czas temu zapomnieli, co to jest i nie dążą by przywrócić. W sumie bo i po co, skoro mass media podają najwłaściwszy tok rozumowania.

Chyba nie tylko ja odnoszę wrażenie, że większość społeczeństwa, na myśl o odrębnej jednostce, myśli mniej więcej w kategoriach nie wolno być innym! Myślenie takowe sprowadza się do klapek na oczach i myśleniem w stylu: „Bądź sobie indywidualistą, proszę bardzo, pod warunkiem, że swoim zachowaniem nie będziesz odstawał od normy, a twe słowa wypowiadane, będą normalne” [normalne czytaj, pozbawione jakiejkolwiek głębi, namiętności]…

Większość ludzi boi się mieć własny światopogląd, boi się konfrontacji z rzeczywistością, która zniszczy jednym argumentem daną ideę. Wypiera się coraz bardziej samodoskonalenie się, nie ma kasy na nauce szkolnej, nie robiącej coraz mocniej wody z mózgu. Chce się, by każdy był taki sam, bo łatwiej sterować takim tłumem debili (z perspektywy rządu). Chce się, by każdy był taki sam, bo nic nas nie zaskoczy, nie wprowadzi nas w zakłopotanie… Dąży się, z całkowitą aprobatą społeczeństwa, do schematów must – have, którym każdy ma się grzecznie podporządkować, niczym strona uległa w bdsm.

Cholera jasna! Człowieku! Kimkolwiek jesteś, gdziekolwiek mieszkasz, cokolwiek lubisz –  bądź sobą, bo to zajebista cecha. Nie wiesz? Dopytuj. Bądź mniejszym Gombrowiczem, kwestionującym nie-do-zakwestionowania sprawy. Nie podoba się Ci życie? Napij się kawy i zmień je. Nie zgadzasz się z czymś? Dyskutuj. Ktoś ewidentnie nie jest kompatybilny z Tobą i wkurza Cię samym oddychaniem? Pożegnaj go, nie zważając na sentymenty. To chore, by ktoś (lub co gorsza, jakieś nieożywione schematy stworzone przez zakompleksione jednostki) rządził Twoim życiem. On ze swoim ma prawo robić co chce, z Twoim nic (a przynajmniej teoretycznie, bo dajesz się manipulować, bo pozbawiono Cię kiedyś impulsu myślenia)…

Nie warto marnować czas na coś, co nie odzwierciedla nas.
„Kimkolwiek jesteś. Skądkolwiek pochodzisz. Dziś stoisz na progu wieczności”.

egoistyczny świat

Każdy ma pewien zarys jednostki, gdy pojawia się sformułowanie egoistyczny. Bez wątpienia większość społeczeństwa, a z pewnością cała szarówka, pojmuje egoizm jako coś złego. Jako niewłaściwą cechę, której trzeba się wyzbyć u siebie i ganić u innych. Nie chcą mieć z egoistą nic do czynienia.

Względem definicji rodem z onet.pl egoizm (z łacińskiego ego – ja), to postawa życiowa polegająca na kierowaniu się w postępowaniu tylko własnym dobrem i interesem. Zagłębiając się mocniej w dwa sformułowania [własne dobro, własny interes], widzimy jak się ze sobą one cholernie wiążą. Z przymrużeniem oka, są sobie one nawet równoważne. Własny interes to postępowanie nasze, tak by wyszło to nam na dobre, by być szczęśliwym; natomiast własne dobro wynika z własnego interesu, czyli są to postępowania szeroko pojęte, które w końcowym efekcie (jak nie całym postępowaniu) wychodzą na dobra danej jednostce, mają zrobić danej osobie dobrze psychicznie. Chyba co do tego nikt nie ma jakichkolwiek wątpliwości? Europejskim odkryciem Ameryki to to jeszcze nie jest, tak, a jak na razie tylko pseudo naukowym pieprzeniem.

Wymyślając temat, który w końcowym efekcie wyszedł w postaci egoistycznego świata, chciałam nakreślić, po jaką cholerę zajmuję się egoizmem? Chciałam już od samego tytułu pokazać, że cały świat jest pieprzonym egoistą, czytaj Ty też nim jesteś. Gówno warte są tu zdania, które mówią o tym, jakim prawem można więc nazwać egoistą człowieka, który jest dobry, pomaga, wpłaca na fundacje kasę i w ogóle jest cholernie przykładnym obywatelem? Tak, on też. Jest on, aż przesadnie empatyczną jednostką, bo uważa że tak powinno się żyć, miałby wyrzuty sumienia gdyby nie pomógł potrzebującemu i cholera jasna! Czuje w sobie potrzebę takiego życia, bo mu jest tak dobrze! Dla własnego egoistycznego interesu, pomaga innym. Przykładem tutaj (a bez problemu dałoby się je mnożyć, do każdego typu charakteru, do każdego zachowania) może być chociażby, jakże święta Matka Teresa. Pomagając innym, oczekiwała zbawienia w „drugim życiu”. Ktoś kiedyś powiedział, by pomagać innym, a w efekcie dostanie niby od niego życie wieczne i ona właśnie tego chciała, więc dla własnego interesy pomagała innym. Rezultat? Matka Teresa byłe egoistką.

Jedyne co różni zdefiniowanych egoistów, od „nie egoistów”, to tylko poziom niejako tego zapatrzenia w siebie. Ludzie wszystko co robię, robią tak by to im było dobrze. Nawet ci, co są słabi psychicznie, przez co są podatni na gadaninę innych i postępują tak jak aktualnie ogół, czy ktoś mu nakaże, też jest egoistą – boi się wychylić i pokazać własne zdanie, więc by było mu lepiej, daje się prowadzić niejako innym. Nie chce by go skrytykowano, by kazano podać mu swoiste argumenty, których nie umiałby podać, więc milczy i robi jak inni, by nie zostać ośmieszonym w oczach innych.

Każdy z nas jest chociażby w minimalnym procencie niejako szelmowskich charakterem. Ma w sobie tą fascynującą cząstkę, która jest przebiegła, dzięki czemu postępujemy tylko i wyłącznie dla dobra naszego interesu, dla naszego dobra psychicznego…

 

Idą sobie dwaj górale. Nagle jeden mówi do drugiego:
-Ty. idziemy już tak i idziemy. Może byśmy jakoś urozmaicili ten czas?
Tamten się zgodził i zaczęli sobie opowiadać dowcipy. W pewnym momencie ich zasoby humorystyczne się skończyły i znów nastała cisza i nuda.
-A zjadłbyś Ty gówno?
-za 1000zł zjodłbym
Zjadł, a tamten dał mu kasę. I znów nastała wędrówka, aż ten drugi (od gówna) powiedział:
-A Ty zjodłbyś gówno za 1000?
-Zjodłbym
Pierwszy zjadł, a drugi dał mu kasę… 
Wniosek jest taki, że  człowiek patrzy na własny interes, chce najmniejszym kosztem zdobyć jak najwięcej, a w rezultacie dostaje gówno 

przereklamowane bycie miłym

dużo ludzi ostatnio chce być „miłym człowiekiem”. jak mniemam cała ta bajka zaczęła się w prahistorii człowieka, gdy zaczęto zdradzać i przez cholerne chore relacje, jedna strona ukrywała fakt ten przez swym jakże wielbionym życiowym partnerem. zaczęto wtedy grywać role, pokazywać niekoniecznie swoje oblicze i pieprzyć się na potęgę mówiąc, że uprawia się tylko błogosławiony od wieków małżeński sex. brnąc dalej w bagno kłamstwa człek się łudzi, że jak nie ma urody, to przecież uprzejmością załatwi sobie wszystko co będzie chciał u ludzi. najwyżej przecież można przelecieć się na biurku prezesa. ale broń mistyczny Boże, żeby z prezesem we własne osobie! przecież trzeba być zawsze cholerną cnotką, tudzież maminsynkiem, która nawet papierosa nie zapali. nawet jak po godzinach na 5″ idzie do kibla z nieznajomym. przecież czego oczy nie widzą, temu „sercu” nie żal, więc można mieć opinię poukładanej osoby, wciągając kreskę wieczorem.

mało kto dziś niestety ma odwagę być osobą, a co za tym idzie, wszelakie normy społeczne wyspecjalizowały, że większość chce być miłą jednostką. tak by przez każdego być lubianym, by uprzejmość waliła od niego na kilometr i każdy wiedział, że zawsze można na niego liczyć. nie zważa taka jednostka na duże prawdopodobieństwo bycia najnormalniej w świecie wyruchanym przez innych. przez tych, którzy mają śmiałość mieć i wyjawiać swoje zdanie. przez tych którzy nie boją się pojechać w lewo, niż w prawo skręcić na nową autostradę dofinansowaną z funduszy EU. przez tych do których cholera należy świat, bo wiedzą czego chcą i dąż do tego.

niby coś w mojej podświadomości podpowiada mi, że w czasach „mody”  jest właśnie przereklamowane bycie miłym, chociaż patrząc logicznie na to, jakie społeczeństwo mamy w XXI wieku to chyba właśnie okrzyczane jest dziś bycie sobą. zatraca się inteligencje na rzecz 50 twarzy Gray’a własne wartości na rzecz zgonowania przed kumplami, myślenie na rzecz social mediów itd…. ludzie w większości idą z tłumem, bo boją się odrzucenia. nie chcą się przeciwstawiać, bo tak łatwiej. bo to mniej wysiłku intelektualnego kosztuje. bo tego chcą myślące jednostki dla własnych korzyści, a ty szara jednostko boisz się trój literowego słowa NIE. nie ukrywajmy. ci co coś osiągają w życiu więcej, niż kasę od święta na carlo rossi, to jednostki które patrzą przede wszystkim na siebie, wiedzą czego chcą i nie boją się pokazać własnego myślenia. ba! one nawet potrafią przeprosić jak coś spieprzą, ale nie żałują, bo to była ich własne decyzja. i gdzie te hasła hipsterów bądź sobą? może i są, ale dają one dupy u większości w zrównaniu z rzeczywistością. a przecież miało być tak kolorowo i zajebiście. przecież świat miał należeć do mnie. ano droga istoto, która zapomniała myślenia, to wszystko jest na wyciągnięcie ręki nie do pilota, ale do Ciorana…

bo właśnie podstawą człowieka jest myślenie, więc nie dziwmy się, że ci co serio robią coś w życiu, przy wytycznych z kim chcą się pieprzyć, mówią o ekstazie wynikającej z dobrego sexu, z dialogiem ambitniejszym „to ty czy ja na górze?”, gdy kiedyś to było bardziej logiczne chyba…

teraz, gdy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie

 

egoistyczny altruista

siema. może nie wyczerpię tutaj tematu i może poniekąd poruszę niejako dwa wątki (altruizmu i kłamstwa), ale jakoś tak wyszło… kiedyś zapewne, w innych wpisach czy dyskusjach się to bardziej rozwinie i doprecyzuje ;)

nie wydaje się Wam, że społeczeństwo coraz częściej miewa coś na wzór rozdwojenia jaźni? nie chodzi mi tu bardzo konkretnie o psychiatryczne wyjaśnienie tego, tylko taką bardziej ogólnikową wizję tego. na przykładzie chociażby prawie, że świętego jakby się zdawało ks Pieronka, który wbrew pozorom broni pedofilii (http://www.youtube.com/watch?v=iP1y3cnMvrI&feature=player_embedded), jakby od tego zależało jego życie. natomiast gdyby rozchodziło się o takowe czyny u świeckiej osoby, to już widzę pełną agresji wypowiedź, jakim prawem coś takiego istnieje. że takowe czyny trzeba potępiać, odpowiednio karać… z jednej strony mamy człowieka, który (przynajmniej teoretycznie) szerzy miłość do bliźniego, pomoc biednym i ogólną sielankę. natomiast z drugiej strony ukazuje nam się człowiek podstępny cholernie. przez swą sutannę, chce uwiarygodnić swój wizerunek i argumentuje podle pedofilie, ukazując tym samym, że dorosły jest ważniejszy od bezbronnego dziecka.

i właśnie na tym przykładzie chciałam zobrazować zachowywanie się większości ludzi dzisiaj. jak często spotykamy się z postępowaniem danej jednostki, która w pewnej sytuacji jest o cechach kompletnie antagonistycznych, w odniesieniu do wyznaczników [danej osoby] z sytuacji innej. i nie mam na myśli tutaj dyplomacji, bo to zupełnie co innego. jasne jest, że niekiedy trzeba zrezygnować z ekspresji, by czegoś osiągnąć, jednak mówienie jako o swoim stanowisku, dwóch kompletnie różnych stanowisk. żyjemy w społeczeństwie, które milczeniem przyzwala na kłamstwo, kolesiostwo i jeden wielki burdel. przymykamy oko na wszelkiego rodzaju przekręty, usprawiedliwiając to, że tak dzisiaj jest i nic się z tym nie da zrobić. żyjemy w społeczeństwie, które jest na swój sposób jednym, wielkim skupiskiem schizofreników. i czemu? czemu ma to cholera służyć? przecież swoiste myślenie społeczne (idąc duchem Istota człowieczeństwa M. S. Gazzaniga) mówi nam o tym, że sama biologia, odpowiadające za prawidłowe funkcjonowanie mózgu, a co za tym idzie, by odpowiednio funkcjonować w życiu społecznym, przystosowała nas do tego, by mieć w sobie grosz altruizmy (który jak się okazuje, nie koniecznie musi być bezinteresowny w 100%). robiąc coś pomocnego innemu, w zależności od relacji łączących, skutkuje to na przyszłość. nawet nie tyle co dla innych, ale dla samej jednostki, która wcześniej pomogła komuś, niejako bezinteresownie.

tutaj właśnie dochodzimy do punktu, który jasno i czytelnie pokazuje nam, że kompletnym ignoranctwem, gdzie paradygmatem jest idiotyzm, jest zachowanie jednostki, która całkowicie ma gdzieś losy tych, co wokół niej się przewijają. bo jej się nie chce. bo to nie jej biznes. bo ona śpieszy się na szybki numerek z szefem… a do czego to doprowadzi? jasne jest, że do zaniku prawdziwego człowieczeństwa, jeśli rozprzestrzeniać się to będzie wciąć jak dżuma. przyzwalanie na kłamstwo na każdym kroku, w każdej sytuacji, może i dla niektórych ale absurdalnie może do tego doprowadzić… i ludzkość stanie się bez emocjonalnymi, pozbawionymi empatii (nawet tej egoistycznej) i jakichkolwiek moralniaków jednostkami, swoistymi robotami, złożonymi ze struktur białkowych? do tego społeczność świata chce doprowadzić, czy naprawdę jest aż tak bardzo krótkowzroczna?

postęp

siema. dzisiaj o tym co nas otacza przede wszystkim, mniej lub bardziej namacalnie. otóż postęp to takie ustrojstwo, które raczej się nie da jednoznacznie scharakteryzować. na każdym prawie kroku można usłyszeć, jaki to on jest zły i niewłaściwy, ale mało kto by ogarnął się w dzisiejszym świecie bez niego.

przede wszystkim myślimy o postępie, jako rozwoju technologicznym. nie ulega wątpliwości, że jest on niejako najbardziej charakterystycznym objawem wszelakiego rozwoju, ale litości. nie jest on jedynym. to tak jakby scharakteryzować człowieka, że jest to jednostka złożona ze struktur białkowych, połączonych ze sobą wiązaniami peptydowymi. prawda? jest to prawdziwe stwierdzenie, ale nie daje nam całościowego oglądu w daną sprawę. zapominamy w tej definicji o emocjach, o strukturze mózgu, relacjach interpersonalnych, indywidualności i innych aspektach, składających się na pełną charakterystykę jednostki ludzkiej.

droga ewolucji, która jest niejako postępem naturalnym, pokazuje nam, jak zmienia się chociażby wielkość czy powierzchnia naszych organów, dla lepszego przystosowania gatunku ludzkiego, do panujących warunków zewnętrznych. W porównaniu z przeszłością, chociażby na podstawie pojemności czaszki, która u  Homo neanderthalensis wynosiła 1520cm3, a dziś wynosi ona o 180cm3 mniej, jasno pokazuje nam, że na przestrzeni tysiącleci nasz gatunek się tak wspaniale wyspecjalizował, by na mniejszym metrażu, zmieścić to samo umeblowanie. W procesie myślenia dochodzimy, więc do wniosków, że sama biologia, robi z nas poniekąd bardziej inteligentne jednostki, lepiej przystosowane byty (rzecz jasna przynajmniej w teorii Kochani), a idąc trendem minimalizmu, małych powierzchni, daje nam takową możliwość, nie nosząc na kręgosłupie nie wiadomo jakiego obciążenia wagowego. i czy to nie jest wspaniałe? że natura stara się być kompatybilna z nauką, mnie lub bardziej „świadomie”? teraz tylko kwestia tego, jak my ludzie wykorzystamy ten swoisty dar biologii i czy go wykorzystamy w pełni, by wycisnąć z niego jak najwięcej, czy go zmarnujemy przed ślepymi serialami czy wiadomościami ukazującymi tylko jedne, nie zawsze właściwy tok rozumowania. pokazują to, co ktoś sobie wykreował dla dobrego marketingu, wysokiej oglądalności, etc. właśnie, gdyby nie ten wspaniały organ, zwany mózgiem, mający u nas cholernie wielki potencjał, ludźmi rządziłaby całkowicie natura. nie chce tutaj mówić, że w żaden sposób nie działami pod jej presją, jednak nie mielibyśmy prawa, tylko naszym nadrzędnym, a może i jednym prawem byłoby prawo dżungli – wygrywa silniejszy. znów ujawnia się mi zbytnia wiara w jednostkę człowieczą, tak? możliwe. możliwe, że ogólnikowo patrząc na społeczeństwo trochę za bardzo przeceniam intelekt, możność rozumowania, kontaktowania się z innymi itd. ale na bogów. wbrew powszechnej teorii, inteligencja nie jest jedna na całe życie! ani inteligencja, czyli kochane IQ, ani  ta emocjonalna, czyli mniej rozpowszechnione EQ (dla tych którzy chcą wszystko szybko, a nie wiedzą o co chodzi http://pl.wikipedia.org/wiki/Inteligencja_emocjonalna , natomiast dla bardziej dociekliwych   odsyłam do http://www.empik.com/inteligencja-emocjonalna-goleman-daniel,57201,ksiazka-p ) nie jest nadana nam w życiu prenatalnym, raz na całe życie. nie ma więc logicznej argumentacji na debilizm, bo inaczej się tego nie nazwie, szarówki. jest rzecz jasna duże prawdopodobieństwo, że jak się urodzimy w rodzinie alkoholików, prędzej czy później sami zaczniemy pić, ale w gruncie rzeczy to od nas zależy. nie całkowicie na pewno, ale w dużej mierze. można być na samej górze i się stoczyć, jak i nie mieć zbytnio optymistycznego startu, a podbić świat. tylko do jasnej cholery nie można narzekać na wszystko i wszystkich i robić na każdym kroku spychoterapii. wkurza mnie dlatego funkcjonowanie szarej masy, bo nie marnuje swój potencjał. nie daje nic dla innych z siebie, tylko jest pieprzonym darmozjadem i pasożytem, umiejącym wyciągać tylko rękę po więcej, na kolejną flaszkę i ruskie fajki. to przez takich tworzą się znaczne podziały, bo Ci co sobą coś reprezentują nie ma bata, nie zniżą się do pewnego poziomu, toteż niekiedy zacisną zęby, bo wiedzą że jest w tym jakiś cel. wiedzą, że chwila wysiłku da im w przyszłości, nawet wcale nie tak bardzo odległej, życie takie jakie oni sobie tylko zaplanują i jakie będą oni sami chcieli. będą sterować swoim losem, na własną korzyść, a nie los nimi. nie są krótkowzroczni, a to w dzisiejszych czasach jest mega niebezpieczne…

jak to mówił Wojnowicz: „Doświadczenie historyczne wskazuje na to, że właśnie absurdalne, a nawet zupełnie idiotyczne idee najłatwiej opanowują umysły mas”. tego chyba nie trzeba rozwijać. mówi to samo za siebie, że ładnie coś przybrać w słowa, oprawić w popularną melodię, a do tego polać tyłki miodem ludziom, to masy to przyjmą i będą domagały się jeszcze więcej…

 

wiara w siebie

siema. jeśli komuś się wydaje, że kolejny wpis o szarówce, to tak. w sumie ma rację… :D

przede wszystkim rozpatrzymy aspekt życiowy niejako, o którym wspominał Arnold Bennet: prawdziwą tragedią jest tragedia człowieka, który nigdy w życiu nie był gotów podjąć ekstremalnego wysiłku – on nigdy nie wykorzystał wszystkich swoich możliwości, nie wzniósł się tak wysoko jak by mógł. to krótkie zdania, te parę słów ukazuje nam bardzo wyraźnie myślenie szarej masy. samospełniająca się przepowiednia – negatywne myślenie, pesymistyczne nastawienie do każdego podejmowanego przez nas zadania, będzie skutkowało niepowodzeniem. człowiek nie będzie taki zaskoczony zaistniałym wynikiem, ponieważ od razu taki wynik zakładał. nie miał wiary we własne możliwości, nie chciał uwierzyć w siebie. może to wina kompleksów z dzieciństwa, może gorszy nastrój, depresja… pomijając ostatni aspekt, który zostawiamy specjalistom, czy ktoś jest wstanie ogarnąć czemu tak się dzieje? ktoś może powiedzieć, że to wina wychowania, jednak jeśli widzimy jakiś negatywny apsket w naszym życiu nie możemy na niego się godzić i żyć w przekonaniu „bo tak musi być”. metoda małych kroków. niby trywialne, acz bardzo pomocne, nie ulega to najmniejszej wątpliwości, tak. można samemu próbować zmienić nastawienie w lżejszych przypadkach, można wysilić się na terapeutą. no ale tak, po co to wszystko? lepiej umartwiać się nad własnym losem i robić z siebie ofiarę. przecież lepiej zyć w ciągłym smutku, nie nadwyrężając mięśni brzucha od śmiechu, gdzie ludzie Ci pomagają aż nadto, bo ty przecież taki biedny, mało pewny siebie, a przecież taki inteligentny… gdyby zachować dyplomację to powiedziałoby się się, że to dość przykre, ale ja jak zwykle pieprzę kochaną dyplomację i powiem, że to wkurzające. przynajmniej dla mnie. człowiek, z definicji, powinien żyć dla siebie owszem, ale w tym całym egoizmie nie zatracać się we własnym ego i być dla innych również. dlatego wkurza mnie podejście szarówki do braku we własne możliwości. po pierwsze, zero produktywności i innowacyjności dla społeczeństwa, po drugie brak wykorzystanie swego potencjału. to jest absurd. żyć tylko po to, by umrzeć, toż to nie ma żadnego sensu. spotykając się z jakimiś znajomymi i tak przy wódce rozpatruje taka jednostka absurdalne problemy, które nie muszą mieć racji bytu. ale tak jak H2 z O2 nie połączy się od tak w znane H2O, taki i Ty bierzesz w pełni odpowiedzialność za swoje życie. nie ma możliwości usprawiedliwianie spychoterapii – bo to ludzie to hieny, a to szef mnie wkurwił, a to zapowiedzieli nawrót zimy…. chcąc być jednostką, która w pełni zasługuje na miano człowieczeństwa, wie z czym to się je, nie można zwalać na innych. mówiąc coś bierzesz odpowiedzialność za to. pisząc podpisujesz się, a nie bierzesz przykładów galów anonimów ze średniowiecza. taka podstawa podstaw, ale przez szarówkę zapominana bardzo. według ogółu lepiej być szelmowskim charakterem. przecież niby ujawnia się w nas wtedy nie wiadomo jaka inteligencja, chociażby ta emocjonalna. no błagam litości. knucie kojarzy się dobrze? lubimy jak ktoś za naszymi plecami robi zupełnie co innego, niż nam mówił? chyba nikt nie lubi być lekceważony, ignorownany. dlaczego więc się tak dzieje? bo ludziom łatwiej żyć na kontaktach, nie lubią się wysilać na napisanie samemu magisterkę. chcą mieć tylko papierek, który w teorii świadczy o ich wiedzy na dany temat, a w istocie w dużej liczbie wypadków to gówno prawda. kiedyś będąc magistrem było się szanowanym, było się niejako elitom, a teraz? teraz każdy jest mgr, teraz by być szychą w towarzystwie trzeba mieć profesórę, a wcześniejsze etapy traktować jak obowiązkową podstawówkę. serio to ma jakiś sens? jak ja go nie dostrzegam to niech ktoś mnie oświeci, przywróci większą wiarę w ludzkość.

ludzie, serio. każdy ma jakiś potencjał w sobie, choćby najmniejszy. więc cholera, niech zacznie brać odpowiedzialność za swoje życie i zacznie coś robi, a dzięki odrobinie wysiłku, efektem ubocznym będzie radość z życia. jak się ma klapki na oczach i ślepo podąża jak koń na rzeź w zyciu, to taka egzystencja nie ma najmniejszego sensu…

stosunek do rzeczywistości…

jako, że zazwyczaj (może i zawsze) robiąc coś, jest to wynikiem pewnego aspektu, który przedostał się do naszej podświadomości, wyłaniając pewne przemyślenia na świadomość. tak i u mnie, dzięki Maksowi i jego poście (http://alternatyw.blog.pl/2013/02/12/piekno-tkwi-w-nas/) natchnęło mnie na swoiste rozważania stosunku społeczeństwa takowego.

pieprząc się w językoznawstwo, mamy taki stan rzeczy: słowo optymizm wziął się z zacnej łaciny, określenia „optimum”, co w polaku znaczy „najlepiej”; pesymizm w sumie jak kto woli, albo z francuskiego „pessimisme”, lub łaciny „pessimus”, znaczącego analogicznie „najgorszy”. w słusznej lub mniej słusznej teorii, optymizm to niejako personifikacja człowieka w definicji (pomijając aspekty struktur białkowych i innych anatomicznych względów). człowiek to istota odczuwająca, ciesząca się z życia. pesymista…? ma zaburzone niejako odczuwanie „pozytywnych” emocji, widzący tylko złe aspekty egzystencjalizmu, co chyba jednoznacznie nasuwa nam na myśl takie ustrojstwo jak depresja. (i gwoli ścisłości. pisząc depresja, mówię o zaburzeniu psychicznym…). oczywiście, nie będziemy chwalić poniekąd Hitlera i niszczyć wszystkich pesymistów, tylko jak na to pozwala sytuacja, pomóc. tak wiem, wizja wspaniałomyślności względem drugiego jest mega mało popularne, jednak litości. po pierwsza, a/ sami sobie robimy dobrze, pomagając komuś. działamy tu na aspekt społeczny naszej psychiki, która nie jest u podstaw taką hieną względem drugiego, jak to się obserwuje w dzisiejszych czasach, że coraz częściej człowiek człowiekowi wilkiem. po drugie, b/ co nam da bycie hieną, względem drugiego? przecież okazanie współczucia, pomocnej dłoni nie jest oznaką słabości psychicznej, wręcz odwrotonie. pokazujemy w ten sposób, że nie ujmujemy człowieczeństwu. poza tym nie boimy się faktu, że gdy ta osoba, której pomogliśmy, nie będzie zagrażała naszej jednostce. pokażemy, że jesteśmy na tyle silni psychicznie, że nie czujemy się zagrożeni ze strony kogoś innego o nasze stanowisko, klasę społeczną, partnera, czy cokolwiek innego. a brak pomocy? po pierwsze okażemy się niezłą szują. po drugie, dochodzi nam kolejna negatywna cecha faktu, że będziemy utrzymywali niejako taką osobę, naszymi podatkami, które również w jakimś stopniu idą na szpitale psychiatryczne itp…. dlatego kochani, naprawdę nie chodzi mi o kochanie intelektualny i fizyczne, każdej napotkanej osoby, ale o najnormalniejszy, przynajmniej w teorii dla jednostki ludzkiej, szacunek do niej. by nie zapominać, jakże trafnego określenia do dzisiejszych czasów „teraz, gdy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie”…

zważając na tą szybką definicję, jak i osobiste podejście do życia, podpisuję się pod słowami Autora Alternatyw, życie jest zajebiście piękne. niestety ludzie, w pogoni za wirtualną kasą, pseudo samorealizacją, czy „zwykłego” gadżeciarstwa, zatracają w sobie tą cząstkę psychiki, odpowiadającą za emocje. jeśli mamy coś obstawiać, to nic innego, jak ustrojstwo zwanym mechanizmami obronnymi. to właśnie one powodują blokowanie emocji, a co za tym idzie, uczucia owszem, nadal pozostają w jednostce, jednakże są one niewidoczne dla świadomości. człowiek taki nie jest w stanie sobie poradzić z zaistniałym stanem umysłu, toteż go podświadomie blokuje. ktoś może się więc tutaj zapytać, co złego jest w takiej sytuacji? emocje nam nie przeszkadzają w interesach itd, tak. patrząc krótkowzrocznie, jest to jak najbardziej prawidłowa teoria, jednak przy spojrzeniu głębiej zobaczymy, że takie coś doprowadzi ludzi tylko do większych zaburzeń, czy nawet chorób na tle psychiki. nadal takie wspaniałomyślne? nie sądzę. no, chyba że dla psychiatrów :D

14/02

siema. korzystając z wyśmienitej okazji, trochę pogmeramy w myśleniu szarej masy, czy w ogóle społeczeństwa.
chyba nie da się nie zauważyć obecności „serc”, które stoją na każdym kroku. jeżdżąc tą samą trasę, tudzież chodząc do jakiegoś sklepu niejako, w szarości otaczającego nas świata, nie da się nie zauważyć czerwonych aspektów. może ludzkość jeszcze nie zatraciła się aż tak bardzo w technologii, że niekiedy używa takiego ustrojstwa, jakim jest nasz mózg, wykonując niezwykle ambitny proces samodzielnego myślenia. się człek zacznie zastanawiać o co chodzi. święta? to gdzie te choinki, łańcuchy, bombki i najważniejsze przecież. muzyka mozolnie wyłaniająca się z głośników pt last christmas. wielka noc? jakoś chyba też nie specjalnie, bo gdzie te wszystkie kochane zające z czekoladowymi jajkami? dzień kobiet? ale to jakoś tak cieplej raczej chyba było… jakże kochany googl nam teraz pomoże i wyjaśni, że to rzekomo święto zakochanych. i większości niedoinformowanych takie krótkie określenie starczy, jeśli rzecz jasna od małego nie był bombardowany taką zacną komercją. ale jeśli ktoś jest ambitny, lubi wchodzić głęboko nie tylko w sexie i dowiadywać się więcej, może uzmysłowi sobie, że masowe serce nie jest sercem. potoczne serce , odwracając je niejako do góry nogami zobaczymy bardziej dupę człowieka, niż serce: . przepraszam, może niektórych ktoś nie uświadomił , ale serce anatomiczne zupełnie inaczej wygląda…: . więc skąd ten symbol? przecież symbole nie biorą się tak z powietrza chyba… według mnie, najbardziej logicznym wyjaśnieniem będzie odwołanie się do relacji interpersonalnych, uściślając facet – babka. to właśnie z uwielbienia obiektów seksualnych nasi kochani panowie zaczęli w niewielkim uproszczeniu, wielbić naszą tą część ciała, która się tak rozpowszechniła, że w przedszkolu na każdym kroku widzimy jak dzieciaki rysują takowe tyłki, w mega mylnym przekonaniu, że robią serce – myślą, że powoli zbliżają się do dorosłego myślenia, sądzę że właśnie tą częścią ciała, darzymy kogoś jakimś uczuciem. a właśnie. nasze wspaniałe uczucia. spytać się przechodniów właśnie o ten aspekt, zazwyczaj usłyszymy odpowiedź w stylu „kochamy sercem”, czy inne zbliżone do tego sformułowania teksty. to wpierw wypada zapytać, czy zna się takowy piękny organ? tak proszę Państwa. to właśnie to ustrojstwo, dyktuje nam nie tylko myślenie, funkcjonowanie organizmu itd., ale też odpowiada za uczucia. dalej, jeśli ktoś właśnie w tym momencie został olśniony faktem, że serce nie ma nic do gadania w kwestii naszych emocji, to niech sobie pogrzebie w internecie, lub książkach typu Pułapki myślenia czy Istota człowieczeństwa, bo jednak jakaś wiara w ludzkość jeszcze we mnie tkwi i liczę, że większość chociażby, coś kojarzy z tych uczuć dyktowanych przez mózg…
można by w sumie teraz się zastanawiać, czemu by nie zmienić więc takowego symbolu, dla lepszego rozwoju intelektualnego poniekąd. otóż nie ma kompletnie żadnego sensu. czemu? niestety, fakt niejako zaprzeczający mojej nadziei w ludzkość, szara masa się poszerza ciągle w społeczeństwie i wcale nie jest ona wybitna pod względem jakiejkolwiek inteligencji. ludzie zapominają już kompletnie o drugim, dążą do fikcyjnej samorealizacji po trupach, niezależnie jakiego rodzaju byłyby te trupy. byleby tylko oni mieli lepiej, szybciej, wygodniej… o odczuwaniu własnych emocji szkoda gadać, bo przecież przez ciągły pośpiech, mechanizm obronny naszej psychiki, jakim jest blokowanie niejako uczuć. dlatego, pod tym względem, takowe komercyjne święta, są jak najbardziej dobre, by ludzie chociaż czasem, co jest przykre, przypominali sobie o swoich bliskich czy ukochanych i okazywali im co do nich czują. przynajmniej chodź trochę, społeczna strona naszego człowieczeństwa, będzie zaspokajana…

sztywność zawsze bije ze wszystkiego pierwszego. ale litości i dystansu do własnej persony. i tak wszyscy kiedyś będziemy nieruchomi, jak cholerna wieże w Pizie, zaginająca amatorów fizyki, czy Mount Everest… nawet, jak ktoś się spali, czy to ze wstydu, czy to w piecu, to i tak w jakiś tam sposób, lub przez jakiś czas będzie sztywny i nieruchomy jak głaz… dystans to takie małe gówno, którego brakuje szarej masie. ah, ona swoją drogą jest fascynująca, a mnie osobiście rozwalająca. zewsząd wpaja się od małego, że się ma być inteligentnym, a przynajmniej udawać to przez stos banalnej elektroniki wokół siebie i książki, których i tak się nie zrozumie, jak się o z grozo przeczyta! uśmiech, nowe ubrania, poczucie humory i inne pierdoły. niby każdy do tych ideałów mass – mediowych dąży, a przynajmniej większość społeczeństwa, ale wystarczy mieć chodź za grosz samodzielnego (o logicznym w dzisiejszych czasach lepiej zapomnieć i nie przypominać ludziom, bo się człek załamie, poziomem rozwoju intelektualnego społeczeństwa)i wejść do ztm, czy w ogóle na ulice, by zobaczyć zgorszone wizją człowieczeństwa ludzkość, nie wiedzącą czego chce, narzekającą na wszystko, a do pracy jadą jak na ścięcie… i gdzie ta cudownie zajebista magia mediów, która mówi jak żyć i każda niemyśląca jednostka z tego korzysta…?