zasadowość

Od zawsze ludzkość żyła w  sieci zasad, które mniej lub  bardziej przetrwały do czasów dzisiejszych. Niektórzy usilnie się wypierają, głoszą wolność, anarchię, jednak logicznie rzecz ujmują, nawet wyznawanie niepodległości jakimkolwiek zasadom, to swoista zasada życiowa…

Dlatego, mając na uwadze właśnie fakt, że dla jednego zasadą może być poranek z papierosem, a dla drugiego niepojęte i czystym idiotyzmem jest przyjmowanie dobrowolne nikotyny, warte są ogólnie przyjęte zasady? Normy społeczne? Zasady owszem, jednak mi nie chodzi o strict nasz kręgosłup moralny, tylko te wszelkie odgórne reguły. Czy w istocie nie jest to po prostu charakter życia, z którym nikt nie dyskutuje, tyko przyjmuje takim jakim ono jest? Przecież art. 148 § 1 Kodeksu karnego nie zniweluje różnego pojmowanie dobra, przez społeczeństwo złożone z X osobowości. Po co więc w istocie są wszelkie paradygmaty prawa? Dla fikcyjnego poczucia bezpieczeństwa?

Zasady dają nam poczucie bezpieczeństwa. Mamy złudne poczucie, że każdy podlega tym samym normom. Że tak samo pojmuje świat, przez co w żaden sposób nie jest zagrożony on sam. Nawet nie trzeba patrzeć na prawne kodeksy. Wystarczy powiedzieć opinię, znacznie różniącą się od opinii sąsiada. Cholernie często w tedy zdarzy się oburzenie, w szczególności gdy rozchodzi się o tematykę pokroju seksualności człowieka. I co? Zamkniesz się sąsiedzie w swoich czterech ścianach? Zasady, tu właśnie normy społeczne, dają ciche przyzwolenie na wykluczenie niekiedy ze społeczeństwa pewnych jednostek. Nie dlatego, że personalnie komuś zaszkodziła. Wyklucza się, bo tak, bo ma inne zdanie, inne pojmowanie rzeczywistości. Nie mówię, że wszystko musimy kochać, bo to popadanie w przeciwległą zaś skrajność. Zachwycać się każdą odmiennością drugiego też nie musimy, ale przynajmniej będąc ciekawym różnych zdań, można nieźle zasmakować w życiu, zobaczyć nieobliczalność i różnorodność świata. Ale czy społeczeństwo ma aż tak bardzo zamknięte oczy neuronalne, że nie chce wpuszczać barw w swoje życie, zamykając się wśród jednostek podobnych do siebie i obrażając każdego, kto chodź minimalnie się wychyli z szeregu…? Byleby nie wystawać z szeregu? Bo przecież, jak się odchyli taka słaba psychicznie jednostka od grupy, to dupa. Boi się, że nie obroni swojego zdania. A to tylko dyskusja, do której człowiek jest stworzony, jednak ludzkość coraz bardziej zatraca wszelaką argumentację, na rzecz swoistego braku myślenia i rozmowy.

miłosny ekshibicjonizm

„Melani: Kamuflaż w miłości? To proponujesz?
M.A.: Jeśli odsłonisz się w stu procentach, znajdziesz się tam, gdzie cię oczekują, i nie będziesz miał w zanadrzu żadnej niespodzianki.
Melani: Bardzo wyrachowana, wręcz cyniczna postawa
M.A.: Nie. Wytrawny kochanek, nie jest wyrachowany, nie zabezpiecza sobie tyłów, lecz balansuje na linie, igra z niebezpieczeństwem. Zarazem jest i go nie ma. Nie gustuje w zwodniczych gwarancjach miłości, w jej patologicznych skłonnościach sięgania do wieczności i doskonałości… Zaprawia namiętne porywy odrobiną ironii i jeśli nawet sprawia wrażenie, że daje się ponieść uczuciom, zyskuje jedynie czas, by sprowadzić je do zwykłej sympatii. Gdy inni wygłaszają wielkie mowy o miłości, odgrywają dramatyczne role, chcą koniecznie wierzyć w ułudę wierności w łóżku. Nie pomniejszając ani swojej miłości, ani swoich umiejętności, wie, kiedy zgasić uczucie i nie pozwolić mu zmarnieć.”  M do potęgi N M. Androulakis

Ale i tak masówka będzie wierzyła w rzekomą piękność romantycznej miłości, emitowaną na całym świecie przez mass media. Będą dawać, nic nie zdobywać. 0 niepewności, 0 fantazji. Kawa na ławę. Czemu? Bo tak łatwiej. Nie trzeba się wtedy w ogóle wysilać, czas zachowujemy rzekomo dla siebie, a w rzeczywistości dla kogo innego. Bez nuty sceptycyzmu , nic nie osiągniemy, tylko będziemy obijać się od jednego łoża do drugiego, chcąc w skrytości monogamii. Będziemy tkwić w idiotycznych układach „1 na 1″, zabawiając się z fantazjowaniem o wielokątach. Ale myślenie odpada. Nikt nie połączy faktów, by mieć szczęśliwe życie. Przecież łatwiej narzekać, niż argumentować odmienne stanowisko od reszty świata. Bo żyjemy w czasach, które bezgłośnie błagają o bezmyślne kopiowanie…

chędoż się emocjonalnie!

Jednego tygodnia mów jednemu „kocham Cię”, drugiego zmień orientację, a trzeciego poglądy. Co za problem? Wolny kraj, wolny glob. Masz pełne prawo, by płakać i zadawać sobie pytanie „dlaczego nazywają mnie dziwką? Przecież nie puszczam się z każdym”. Pewnie, że masz rację dziewczynko. To świat jest zły i brutalny i nie rozumie, że trafiasz na nieodpowiednich facetów. Tak. Wszyscy to chuje chcący wykorzystać Cię i nie ulega najmniejszemu ziarnku wątpliwości, że to ich wina kończenia szybko związków z Tobą. Nie śmiem tego negować.

Zmieniaj poglądy swe, w zależności jaka moda. Mów mało znaczące kocham cię. Dawaj dupy, ale dopiero dziewictwo oddaj mężowi, pierwszemu i ostatniemu [danego roku]. Pozwalaj sobie na zdradę, ale facetowi swemu obetnij jaja za obejrzenie się za innąi stwierdzenie „niezłe ma cycki”. Proszę Cię bardzo. Wolny kraj, wolność myślenia obowiązuje. Postępuj tak, to wcale nie okazuje Twojej głupoty.

Ale wolność myślenia to nie robienie z siebie debila, noszącego w czaszce tylko jaką tkankę kontrolującą funkcje życiowe, z kartką manifestującą, że nikt mi niczego nie może zabronić. No nie może, racja. Tylko że właśnie tutaj cała Twa racja, cała Twa mądrość się kończy. Trwonisz dalej czas w beznamiętnym czytaniu tego i zastanawianiu się „co autor miał na myśli?”, „czy ona odnosi to do mnie, czy już nie?”. Przeskoczysz z kanału na kanał, na inny telewizyjny gniot. Znów pochłoniesz się całkowicie w 50 twazach Greya, uważając go za najlepszy bdsm’owy erotyk. Prawem właśnie wolności myślenia, wolności słowa.

Także tego, reasumując ironią z dosłownością. Świat staje się pełen fascynacji, właśnie przez różne jednostki. Dyskusje są znacznie ciekawsze, gdy argumenty przeplatają się ze sobą, jak kochankowie w tangu. Ale litości! Szanujmy swój mózg, szanujmy nawet znikomą inteligencję i wyciskajmy z niej to co się da. Wprowadzajmy pasję i atrakcyjność. Pasję ambitniejszą poza debatowaniem o wyższości tvn’u nad polsat’em…

 

PS: wszelkie ad persony użyte tutaj, rzecz jasna nie są do każdego. Nie każdy winien je odnieść personalnie, ale jednostka, która uśmiecha się pod nosem, bo wie że to nie o niej określenia pokroju „idioto”, wie o tym zapewne. I wie, że postscriptum jest tu całkowicie zbędne dla inteligentnej masy…

dzieciak w ciele faceta

Faceci dojrzewają do 5 roku życia, a potem to już tylko rosną, a laski zawsze mają rację, bo mają cycki!

No nic tylko strzelić sobie w łeb, ewentualnie nafaszerować się prochami i błagać o brak rzygania. Skoro dzieciak w ciele faceta, to uniewinniać wszystkich pedofilii płci damskiej. Przecież fakt, czy się pieprzymy z rozwiniętymi cechami płciowymi, czy niezbyt rozwiniętymi, to nie ma znaczenia dla ogółu. Jedni wolą bdsm, inni dziewice. Ot, taki niewinny fetysz.

Jak często słyszy się teksty lasek odnośnie facetów, że to niedorozwinięte dzieciaki, które do końca swych dni potrzebują opieki? Aż nazbyt często. Nie no, litości. Już się pogodziłam (czytaj: staram się nie zwracać uwagi i przymykać oko) z brakiem myślenia w szarej masie, ale tu moje neurony ewidentnie chcą popełnić samobójstwo, słysząc coś takiego. Znaczyłoby to nic innego, jak fakt, że kobiety chcą być zawsze i wszędzie opiekuńczymi matkami, mają nie małe zapędy pedofilskie i wszelkie kłótnie z serii „Ty mnie nigdy nie słuchasz!” byłyby bezpodstawne, przy takim obrocie spraw. Większość rzekomej płci pięknej zapewne chce mi odebrać prawo nazywania siebie kobietą, ale cholera jasna. Taka jest prawda. Małe dzieci nie potrafią słuchać, a skoro ty kobieto uważasz, że wszyscy faceci to dzieci, to przestań gadać 24/7, tylko dawaj krótkie i rzeczowe komendy, od czasu do czasu rozstawiając nogi lub kucając przed nim. Każdy będzie spełniony. Jeśli jednak nie chcesz być matką, nie uważasz się za pedofila i nie robisz takowych kłótni, ale wciąż uważasz że faceci to rozwinięte fizycznie bachory, to gratuluję idiotyzmu. W każdym z nas jest cząstka, chociażby minimalna, tej dziecięcej fantazji. Lubimy szybkie samochody, kochamy adrenalinę motocyklu, czy inne dodatki. Po prostu kochamy się bawić materialnością. Jedyny punt zmieniony od tamtych czasów, to ich cena i wielkość. Cała filozofia. Facet może i ma nawrót niekiedy dziecięcej fantazji, w świecie korporacji, ale nie zapominaj, że laski też. Gdyby faceci serio tylko rozwijali się do 5 roku życia, znaczyłoby to, że nie pociąga nas inteligencja, męskość i wszelkie inne aspekty też porzucamy, które doprowadzają nas do stania sutków.

A co z argumentem „mam rację, bo mam cycki”? Cały paradygmat jego jest debilny, toteż taki argument na starcie idzie do zagazowania. Nie wiem jaki facet godzi się na przegraną w dyskusji, tylko dlatego, że usłyszał podobny argument. Koleś, współczuję Ci braku pewności siebie, jeśli tak postępujesz, a może i nawet braku honoru. Jeśli jesteś z nią tylko dlatego, że jest dobra w łóżku, to wybacz, ale to świadczy o braku odwagi, a może nawet i honoru u Ciebie. Dla mnie dyskusja, w której obie strony mają inne zdania, to wojna na argumenty, co wiąże się z inteligencją również. Wszelkie argumenty, które mają podparcie logiczne są dopuszczalne, ale błagam. Jeśli wyjeżdżasz  facetowi z „bo mam cycki”, to nie licz, że będzie oczekiwał od Ciebie rozmowy po seksie. Facet poza spełnieniem seksualnym, chce też orgazmu intelektualnego, a takimi tekstami mu go nie zapewnisz, toteż nie zapewnisz życia sobie z nim. To ta sama zasada, jakby Ci koleś powiedział „zamknij się, bo mam dużego fiuta, którego wielbisz mieć w sobie”…

Dlatego, niezależnie od jakiej płci jesteś, nie daj sobie nigdy wmówić, że tylko faceci to dzieci, toż to każdy żyje jakoś w świecie fantazji, ani że cycki w argumentacji muszą wygrać, bo jak pozwala się na coś takiego, to świadczy to o twojej małości (a lesbijki mają przesrane)…

 

PS: Justamadman – proszę te Twoje wielkie litery

paradygmat istnienia

wokół czego kręci się świat? ten dzisiejszy, wczorajszy dzień? wokół kasy? może? korporacji? logiczne następstwo kasy. szczęścia? poniekąd. ale jak w tytule, co jest podstawą uniwersalną, każdej jednostki? o czym każdy chce wiedzieć? chce praktykować? rozmawiać? w gruncie rzeczy ani o kasie, ani o szczęściu bezpośrednio, ani niczym, czego można dowiedzieć się w szkole (no dobra, chyba że w szkole burdelu, o ile takowa istnieje w ogóle).
bo jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o sex…

temat wydawałby się banalny, w końcu w gruncie rzeczy, mówiąc cholernie ogólnikowo, chodzi tu o wchodzenie i wychodzenie, tak. czasem może i jakieś odgłosy wibracji rozchodzące się z dołu. a jak człek się zapyta coś o stereotypach, to niebyt mamy jakieś skojarzenia w tym temacie. a w końcu masturbacja, to też swoisty sex.
przyjęło się niewiadome czemu, że kobieta się zabawiająca to kobieta wyzwolona, znająca swoje potrzeby itd., a facet to jakiś niewyżyty seksualnie stwór. albo, że laski w ogóle się same nie zabawiają. no błagam, litości. czy serio mistyczny czytelniku też tak uważasz? że tylko niektórym wolno, a w ogóle to się o tym nie mówi?

właśnie takie myślenie, taki sposób patrzenia na to, jest to niejako scheda po wcześniejszych epokach. a w połączeniu z działaniem każdy wie, że wszyscy wiedzą, ale nikt nie może powiedzieć, że wie, mamy wprost absurdalny punkt kulminacyjny, nawet w dzisiejszych czasach. serio, jestem jakoś zrozumieć, że w starożytności, przez wszelakie dalsze epoki, było to uznawane za dewiację. mniej, ale na granicy mojego rozumienia, jest fakt, że niektóre religie to potępiały, czy potępiają. ale gdzie jest logiczność, w nielogicznym jestestwie pogoni za wolnością i epoką pozbawioną, jakby się zdawało jakiejkolwiek pruderii, gdzie masturbacja, to wciąż dla większości temat cholernego tabu?

aż ciśnie się na usta nienamacalna substancja, w postaci słów „sex owszem, masturbacja bynajmniej”. nie ogarniam tego „tabu” serio. jak Logo24 pisze, normalny facet widząc swoją kobietę na samozabawianiu się, czuje się podniecony. to dla czego do cholery, baby to ukrywają? czego się wstydzą? tego, że lubią jak jest im dobrze? wstydzą się swojego ciała? to sex w sumie też odpada, no chyba że w konwencji bdsm’u non stop, 24h na dobę, 7dni w tygodniu.

kończąc, ale z całą świadomością nie reasumując, wiem że Paradygmat Istnienia ma dużo mniej lub bardziej retorycznych pytań, ale załóżmy po prostu, że czasem pojawiać się będą posty na własne zdanie czytelnika. bez moich jasnych i klarownych odpowiedzi i stanowisk. jasne jest, że bez problemu ogarnie się pewnie moje stanowisko, ale nie będzie ono tak rozbudowane, jak w „tradycyjnych” postach.

 

zabójcza psychika

tak jak obiecywałam parę postów niżej, dziś będzie o postaci znanej nawet osobom, które są ignorantami historycznymi (chyba, że jest się skończonym idiotą). o osobie, gdzie trudno o pozytywną opinię na jej temat. o psychice, która może jednocześnie fascynować i przerażać. o jednostce, na wspomnienie której niektórym stoją wszelkie włosy. a precyzując, o psychice niejako Adolfa Hitlera…

zaczynając od niezbyt psychologicznych informacji, znany na cały świat zapewne Führer, uwielbiał i w sumie niejako prowadził nocne życie. wstawał koło 10, chwila na powietrzu samemu, lub jak miał ktoś nagłą sprawę, to na obgadanie tego, a granice 11-12 zarezerwowane były na kawę. potem rzecz jasna wszelakie sprawy taktyki, a jak już wszyscy zaczęli zajmować się sobą, zamykał się w swoim pokoju do godzin nocnych. tak zorganizowany plan dnia perfekcjonisty przewidywał około 2 w nocy obiad i kładł się spać, mniej więcej o 4…

a może ważne jest miejsce urodzenia? zapewne wpływu kulturowe kształtują każdego z nas. co może być niezwykłego w mieście Braunau am Inn (teraz pisząc nazwę tej miejscowości, zobaczyłam w pierwszych 5 literach nazwisko jego partnerki, ale to pewnie moja z deka nadinterpretacja)? otóż na pewno fascynujący może być dla co poniektórych fakt, że właśnie tam narodził się przywódca III Rzeszy. ale co nam po mieście. drugorzędna sprawa, przynajmniej dla mnie, przynajmniej na te potrzeb. o wiele bardziej intrygująca jest psychika Hitlera.

każdy, kto ma chociaż podstawowe pojęcia na temat, psychologii, co człowiekiem kieruje, mniej lub bardziej namacalnego, wie jak ważne są przeżycia za młodu. jak silnie oddziaływują one, na kształtowanie naszej osobowości, charakteru, zachowań… portret, niejako psychologiczny Adolfa, jest znacznie bardziej wciągający, niż mogłoby się to zdawać, patrząc pośpiesznie na to.
niewątpliwie nie mały wpływ tutaj odegrał ojciec jego, jeśli można tak w ogóle nazwać kogoś, kto na własnego syna gwizdał jak na psa, by przyszedł do niego. pomijam tutaj w ogóle tutaj fakt, że nieraz zaznał dobitnie na swym ciele Hitler ręki czy pasa jego. miał niby kochającą matkę, jednakże ona również jak cholera bała się Aloisa, więc nic tu po niej. większych sukcesów naukowych nie odnosił, matury nie napisał, a o nauczycielach również nie miał zbyt optymistycznego mniemania. kochał malarstwo, jemu chciał poświęcić swe dorosłe życie, ale nic mu nie pomagało. ani ojciec, który nie dopuszczał myśli takowej, ani ASP, które stwierdziło, że kompletnie nie umie rysować postaci ludzkich, czego wymagali. że w jego wypadku, to co najwyżej architektura…

czynniki jego życia, wpłynęły niejako tak na jego psychikę, że cierpiał on na chorobę Parkinsona. jego sztywność mięśni, powolny niedowład lewej ręki, ślinotok, dość energiczne przemawianie do tłumu. jego postawa i to jak mówił, mogłoby skłaniać nas do tego, by zaszufladkować tą postać do pięknego typa ekstrawertyka. jednak są parę opinii, pod którymi się podpisuję, że był to wbrew pozorom przykład introwertyka. dlaczego? z prostej przyczyny. nie ulega najmniejszej wątpliwości, że mówił ekspresyjnie o zagładzie Żydów. temu nie zamierzam zaprzeczać. jednak to wszystko, co on robił i jak się zachowywał przed tłumem, to była do perfekcji obmyślona gra perfekcjonisty. nie ukazywał swych emocji on. swoich prwytanych przemyśleń też niezbyt. to co mogliśmy się dowiedzieć od niego, to były jego plany, ale jakby nie patrzeć zawodowe. nikt mu nie mógł najechać w żaden sposób na prywatne odczucia bo ich nie znał. nic nie robił spontanicznie, wszystko musiał bardzo dokładnie przemyśleć i wybrać opcję najbardziej rozsądną, tą co będzie najlepsza dla jego wizerunku. jasno już nam to pokazuje, że nie mógł być to ekstrawertyk, który często działa pod wpływem jakiegoś impulsu. potrafi zapomnieć o pewnych regułach i zrobić coś co pomyślał, bez przemyślenia tego. dla Hitlera takowe postępowanie byłoby karygodne!

ze względu na swoje przeżycia wcześniejsze, nie chciał on w żaden sposób dotykać sowich emocji. bał się ich, nie wiedział jak sobie z nimi radzić, toteż właśnie jego mechanizmem obronnym, była taka a nie inna gra. ukrywał przed wszystkimi, może nawet i przed samym sobą, bo obawiał się jak cholera, co może wyjść z ujawnienia tych emocji. nie chciał zastanawiać się nad nimi, myśleć jakby tu się zachować w ich obliczu, więc wybrał niejako życiowe aktorstwo i tak to sobie zaplanował. jak pisałam, obmyślał każdy, nawet najmniejszy ruch, ale nigdy światu nie pokazał swego prawdziwego oblicza. zapewne nawet przed samym sobą, czy Braun tego nie zrobił, tylko zawsze w jakimś stopniu ta gra mu towarzyszyła i nigdy się nie gubiła. tam gdzie był on, gdzie było jego postępowanie, było i jego perfekcyjnie obmyślane działanie.

nie będę tutaj dłużej się rozwodzić nt jego psychiki. jak funkcjonował. co wpływało, a przede wszystkim z jakim skutkiem wpływało na Hitlera, bo z tego co się przeświadczyłam mało kto jest równie zafascynowany tą postacią historyczną, dlatego też nie będę tutaj zanudzać Ciebie, jeśli mistyczny „ty” w ogóle istniejesz. mało kto w ogóle chce o nim czytać, jeśli słowa nie zaczynają się, że był on pieprzonym zbrodniarzem…

 

PS: i zaznaczam. liczę, że jasne jest fakt, że w żaden sposób nie mam w zamiarze szerzenia nazistowskich ideologii, tylko ukazania człowieczej strony Hitlera. nie chcę go rozgrzeszać z tego co zrobił, tylko pokazać chociaż w niewielkim procencie, dlaczego tak postąpił. jaką miał psychikę i jak ona wpłynęła na jego działanie. liczę, że rozumiesz, że nawet o Hitlerze można mówić dość pozytywnie, a co najmniej neutralnie, aniżeli wciąż słuchać/czytać/mówić, jak to karygodnie on postąpił…

mowa, nie tylko ciała

siema. jak w tytule. o mowie ciała dużo się mówi, zaś o języku praktycznie w ogóle…

czy kiedykolwiek kogoś, poza badaczami, intrygował sposób mówienia i tego jak to wpływa na odbieranie u odbiorców jego i wartości przekazywanych przez mówcę? dużo mówi się o mowie ciała, analizuje ją się, tworzy odpowiednie konteksty, a o mowie w sensie językowym gówno się mówi. czasem może ktoś się odważy skrytykować tudzież opisać pewne formy językowe, ale jeśli nie jest się Bralczykiem, to od razu spada na niego stos oburzenia i zaszokowania, że po cholerę rozważać nad takim czymś. sądzimy, że jeśli coś jest codzienne i powszechnie używane, nie ma to sensu, by rozkładać do naga na czynniki pierwsze dany aspekt. nie myślimy o tym, natomiast podświadomie szufladkujemy ludzi po sposobie mówienia. pokazuje nam to jasno, że skoro ludzie ma w sobie takowe stereotypu, które pchają nas do takich czynów. a fakt, że takie łatwe do ogarnięcia nie jest, to już inna sprawa. jednak nie można pieprzyć czegoś tylko dla tego, że coś jest trudniejsze, niż zapalenie porannego papierosa…

jasne jest, że ktoś może wyjechać poniekąd z kontrargumentem, że przecież to co się mówi, nie jest równoznaczne z tym co się mieści w mózgu. zapewne gdyby nie było podziałów na osobowości, to i nie byłoby żadnych póz. można by rzec, że każdy byłby przykładowym ekstrawertykiem. jednak tak nie jest. mamy jeszcze introwertyków i neurotyków, a to dopiero swoisty początek psychologicznej góry lodowej. przez niezliczony stos póz, które przyjmujemy każdego dnia, stwierdzenie to staje się bezpodstawne. sami po sobie widzimy, że kontrolujemy się w niektórych sytuacjach, jak się wysławiamy. a to tyko dla tego, by wywrzeć odpowiednie wrażenie. nie chcemy zaszkodzić sobie w relacjach uczeń – nauczyciel, to zachowujemy ogładę pt formułki na per pan/i; uśmiechamy się, by nie odpowiadać na pytanie „co się dzieje” i inne przykłady z życia wzięte, dobrze znane każdemu.
dlaczego więc zaczęłam w ogóle myśleć o tym, co można usłyszeć w słowach, jednak między słowami? przecież, ktoś może być introwertykiem przybierającym pozę niczym Hitler* i nic nie pokazać otoczeniu, co tak właściwie myśli czy czuje. a taki ekstrawertyk, będzie impulsywnie wszystko niejako robił i nie będziemy mogli zorientować się z łatwością, czy to co powiedział to chwilowa fanaberia neuronowa, czy rzeczywisty pogląd. a o neurotykach już nie wspominając. ano wzięłam się, za taki pogmatwany kawałek relacji interpersonalnych, ponieważ jak to ja. fascynuje mnie wszystko co z człowiekiem związane. a to, jak homo sapiens się ze sobą porozumiewa, jest cholernie intrygujące, to pozostaje tylko jedno pytanie, a mianowicie why not?!

żeby właściwie zrozumieć, co autor miał na myśli, tak jak i w mowie niewerbalnej, trzeba rozważać całościowo, wsyztskie razem znaki, a najlepiej byłoby kogoś znać osobiści i prywatnie, by mieć pewność. porozumiewamy się ze sobą, by współnie razem koegzystować. przekazujemy w ten sposób sobie jakieś informacje. by właściwie zinterpretować myśli drugiego trzeba dokładnie go słuchać. często, jak osoba nie mówi tego, co w istocie myśli, w przeciągu dosłownie kilku chwil, może sobie zaprzeczyć. może się zacząć jąkać, mogą zwęzić się jej źrenice, czy mieć nerwowe ruchy. w tedy mamy jasność sytuacji i wiemy, że coś jest nie tak. ale to tylko jak mamy łatwiejszą opcję. dzieje się tak, gdy osoba nie jest najzwyczajniej w świecie przyzwyczajona do kłamstwa, lub inne czynniki (np. poddenerwowanie) wpłynłęy na fakt, że nie umie ukryć braku mówienia prawdy.
jeśli zaś mamy do czynienia z wyśmienitym kłamcom, w jego mniemaniu rzecz jasna, musimy się nieco bardziej skupić. może wystąpić aspekt źrenic, jednak oznaki fizjologiczne typu pot, już nie. braku zdenerwowania nie będzie nawet grama. będzie taka osoba mówiła zapewne czytelnie i zrozumiale dla odbiorcy, a jego argumentacja będzie nienaganna. nie myślmy, że znajdziemy argumentacje ad persona. o nie, przecież to by zdradziło jego odczucia względem kogoś, a napadać na przyjaciela przecież nie będzie. w takiej sytuacji najlepiej znać kogoś osobiście, albo co najmniej znać jego sposób mówienia na przestrzeni x czasu. przez to, będziemy mieli jaśniejszy ogląd na jego poglądy. nie ulega przecież najmniejszej wątpliwości, że w przeciągu, dajmy na to paru miesięcy, jeśli nie mówi się prawdy, argumentacja będzie różniła się od siebie i argument a, z argumentem b, nie będzie miał pewnie wiele wspólnego, toteż własnie przez takie baczne słuchanie ogarniemy się, że mówca nasz, nie myśli w istocie, tego co mówi. natomiast jeśli słyszymy tylko tu i teraz dany przekaz, to nie pozostaje nam nic innego, jak dokładne słuchanie i obserwowanie jego czynności podświadomych. można też zadawać pytania, po których z odpowiedzi można też wiele wywnioskować. mało kto kłamiąc przecież jest nastawiony na niespodziewane pytania…

nie ulega jednak najmniejszemu poddaniu w wątpliwość, faktu że jeśli ktoś nie chce zdradzić swoich uczuć, to każdemu się to uda. w bliższych kontaktach interpersonalnych pozostaje nam po prostu ufność i słuchanie drugiego, oraz konsekwentne trzymanie się ustalonych wcześniej zasad. a co o dalszych znajomościach? nie ma co się zanadto przejmować. nie mają realnego wpływu takowe osoby na nasze życie, więc raczej powinno spłynąć po nas ten fakt. można oczywiście bawić się pytaniami, czy słuchaniu danej osoby mega uważnie i potem wyśmienicie wykorzystywać, to swoiste plątanie się w wypowiedzi… nie pozostaje nic innego, jak życzenie po prostu miłej zabawy ludzkimi wypowiedziami :D

 

*z życia poza internetowego, wiem że to jest mega sporna kwestia, dlatego kiedyś tam zapewne napiszę, czemu właśnie ten dyktator, przemawiający z takim zaangażowaniem o polityce III Rzeszy, jest wbrew pozorom introwertykiem. przynajmniej dla niektórych :)

zawieszona kawa

siema ponownie. dzisiaj o tym, o czym można nie tyle co usłyszeć, ale przeczytać, chociażby z zacnej tablicy XXI wiecznego Boga facebook’a. o tz zawieszonej kawie. nie będę rozpisywała się na temat wiarygodności tego „biznesu”, bo tutaj z pewnością jest tyle opinii, ile debatujących o tym ludzi. na podstawie tej kawy, chcę porozważać nieco nad dobrym aspektem człowieka. tak dla odmiany, torchę optymizmu dla człowieka dam, niż jak zwykle to ja pisałam, o nędznej szarówce.

zawieszona kawa to nic innego jak mechanizm z nutą człowieczeństw za sobą. polega on, że wchodząc do kawiarni, czy czegokolwiek podobnego do sieciówek rodem z amerykańskiego snu, poza kawą dla siebie „zawiesza” się kolejną dla bezdomnego. w ten sposób osoba pozbawiona jakichkolwiek finansów, dochodów może zapomnieć o beznadziejności świata, której ją dotknęło i napić się czegoś ciepłego, wartościowego nie tylko dla organizmu ale też i dla psychiki poniekąd. jest to wykorzystanie naturalnych paradygmatów jednostki ludzkiej, którym jest dobro. dobro szeroko rozumiane i praktykowane. jasne jest, że pojęcie to, jak wiele innych pojęć w dzisiejszych czasach jest pojęciem względnym, jednak są rzeczy, które bardzo trudno zakwalifikować do innej kategorii. każda jednostka ma skłonności dobra, jak i złe. sama, przez swój moralniak, dokonuje nieustannego wybory między tymi dwoma aspektami. tutaj jasno widzimy chęć pomocy drugiemu. chęć wsparcia go, w choćby najbanalniejszy sposób w trudnej dla niego sytuacji. i to jeszcze bez chwały dla siebie, bez nawet podziękowania ze strony odbiorcy. nie wiadomo kto dostanie tą kawę…. taki mały gest. pokazuje nam to jasno, że ludzie, nawet w czasach wszechobecnego konsumpcjonizmu i prężnie rozwijających się korporacji ludzie chcą dobroci dla innych. podświadomie mogą oni wierzyć, że pomagając teraz, niby bezinteresownie, otrzymaj,ą oni sami kiedyś pomoc, w chwilach dla nich tego wymagających. karma tak zwana przez niektórych.

podpierając się, jakże kochanymi przez masy definicjami, jednostka ludzka jest wyrazem osoby i osobowości w świecie materialnym, poprzez ciało i jego wymogi. losy osoby są zatem uzależnione od warunków, w jakich przebywa, żyje i działa jednostka. jednostka ludzka jest narzędziem realizacji celów osoby, współtworzenia nowej cywilizacji i kultury. odruch dobra może mieć różne podwaliny i trudno byłoby je szybko i zwięźle ująć. dla niektórych może być to najbardziej znana teoria psychologiczna, czyli dobro kojarzone z miłością matczyną, zaznaną w dzieciństwie, a niektórym wspominają się po prostu pewne przyjemne wątki w swoim życiu. wyraz osoby, czyli to jacy jesteśmy na co dzień, bez żadnej kurtyny kłamstwa, nasze postępowanie, myśli, cechy osobowości i inne czynniki składające się na pełen opis danej persony. w tedy najlepiej ukazuje się nasze prawdziwe ja. dlatego, według mnie, heppenig typu zawieszona kawa, jest przywróceniem wiary w człowieczeństwo. anonimowo, bez żadnego rozgłosu robimy komuś dobrze, a przynajmniej do tego dążymy. myślimy, nam się dobrze powodzi, komuś niekoniecznie, to logiczne że pomogę.

jak wszystkiego, są różne formy pomocy, to czemu by nie wybrać takiej? czemu by nie dać biednemu człowiekowi ciepłego napoju? nie dać mu odrobinę uśmiechu na twarzy, szczęścia, wywołanym dobrym smakiem kawy? no właśnie, czemu by nie zrobić dobrego gestu w stronę biednych i nie wprowadzić takiej nieformalnej tradycji tu, u nas w Polsce? by chodź trochę było weselej na tych szarych, przepełnionych pesymizmem ulicach? nie rozpatrujmy tutaj niezliczonych scenariuszy, typu „pewnie kelner ją sobie wypije”, czy „skąd biedak będzie wiedział, by wejść do mainstreamowego lokalu? jasne jest, że pewnie będą i takie przypadki, ale cholera jasna! zawsze znajdzie się minusy, a by stwarzać świat lepszym (ile się tego słyszy wszędzie, ale gówno z tym masy robią)najlepiej działać pod impulsem. nie rozpatrywać nic. czujesz chęć uśmiechnięcia się do przygnębionego pasażera autobusu? droga wolna. po cholerę rozpatrywać czy warto tutaj? chcesz i możesz kupić tą dodatkową kawę czy herbatę? zrób to na litość, a nie zastanawiaj się nad losami jej, jakby od tego zależały postępowania nie wiadomo kogo. zobaczysz starego człowieka z zakupami i poczujesz chęć pomocy mu? pieprz pytania i inne wątpliwości i podejdź do niego i po prostu na litość mu pomóż. nie zastanawiajmy się nad wszystkim zanadto, bo życie przecieknie nam przez palce. do bycie dobrym, do robienia drugiemu dobrze nie trzeba stu tysięcy powodów. czasem warto zadziałać pod impulsem…

wolność

siema. kolejny dzień i kolejny wpis o postępowaniu społeczności naszej kochanej. tym razem trochę po babram się w rzekomą wolność i fakt, że większość nie potrafi z niej za dobrze korzystać.  o tym, że ludzie zatracili w sobie i tak już małą cząstkę wspaniałomyślnej empatii.

żyjemy w czasach, gdzie pogoń za kasą jest wszechobecna. gdzie dąży się do pieprzonej samorealizacji nie zważając na nic, ani na nikogo. własną matkę, która wiele dla ciebie egoisto poświęci, sprzedasz za marne grosze, byleby mieć oczko wyżej w korporacyjnej hierarchii. powie się, matka piła i biła mnie jak byłem małym człowieczkiem, a tabloidy to pięknie napiszą. no dobra, jeszcze dla niektórych zostaje załatwianie sobie profitów pod stołem ustami. i spoko. dla mnie jest znacznie uczciwsze, niż rozkładanie prywatnych kart przed całym światem. chcesz to proszę, to jest Twoje ciało i Ty nim gospodarujesz. może niezbyt uczciwa konkurencja, względem innych oponentów, ale przynajmniej szanująca drugiego człowieka, pamiętająca o bliskich. pracowanie samym sobą, własnym intelektualnym potencjałem, na swoją przyszłość.

ktoś kiedyś powiedział „żebyś żył w ciekawych czasach„. na całkowitą monotonię nie możemy narzekać. z jednej strony widzimy dwóch papieży, w ojczystych krainach istnieje prawdopodobieństwo, że przy 16stce na karku będziesz człowieku wybierał sobie płeć, a na wschód znów się wkurzają – czy to przez „aferę” Golden Rice, czy niebezpieczeństwo wojny… chodzi tu o swoistą parodię, że z jednej strony lenistwo jest wszechobecne, wszystko odkłada się na świętego nigdy, natomiast po przeciwnej stronie widzimy nie ustający, nawet o 3 nad ranem wyścig szczurów. mamy żyć w ciekawych czasach? proszę bardzo. parodia i komizm bijący nawet od dzieciaków z podstawówki, wychodzących na szluga podczas długiej przerwy. nie dziwię się więc, że niektórzy nie wiedzą jak żyć. czy być laską którą każdy już zmacał, a może z dziewictwem poczekać do ślubu? czy być kolesiem przepuszczającym w drzwiach kobiety z szacunku, czy tylko dlatego by bezkarnie patrzeć się na ich tyłek? oczywiście, jeśli ktoś jest takim poniekąd ignorantem jak ja na opinię innych, nie znaczących jednostek, to będzie to walił i postępował, tak jak jest mu dobrze, a w swoim otoczeniu bliższym bądź dalszym, będzie utrzymywał persony, które wnoszą coś pozytywnego do jego życia i akceptują go takim jakim jest. jednak wiem, że nie każdy tak może, nie każdy tak potrafi, nie każdy ma silną psychikę i ważne jest dla niego co o nim myśli. i luz. nie mówię, że jest coś w tym złego. tutaj nie ma zbytnio trafnego dzielnie na dobrą opcję i złą. to po prostu różnorodność w świecie, której nikt chyba nie chce zamazać. chodzi mi tu bardziej o ogólny obraz myślenia społeczeństwa na pewne zdarzenia.
teraz mamy niby więcej wolności względem przeszłych czasów, ale zróbmy stop klatkę. tu, właśnie teraz. co nam to cholera daje, że mamy rzekomą, wszechogarniającą nas wolność, rozciągającą się na wszelkie możliwe galaktyki? ogólnikowo nic. ogólnikowo wciąż każdy jest w czyjeś niewoli – czy to będąc pod telefonem dla szefa na każde skinienie, czy robiącym każdemu lekcje w klasie. najmniejszy sprzeciw i hasta la vista baby. ale takiemu stanowi rzeczy ludzie są sobie sami winni. nie mówię, że trzeba być egoistyczną pieprzoną hieną, żerującą na niepowodzeniach innych, ale liczę, że chodź dla niektórych jeszcze coś znaczy empatia i to nie w kontekście zupy z Azji. liczę, że są ludzie którzy potrafią realizować się w pełni pod każdym możliwym względem, jednak czasem otwierając się też na drugiego. i wiecie co jest w tym pięknego? fakt, że pomagając komuś w jakikolwiek sposób, dzięki tej osobie, robimy sobie sami dobrze i to nie koniecznie dłonią pod kołdrą w nocy.  chcemy wolności, ciągle niby o nią walczymy, a jak już ją się posiada to dupa. nic się z tym nie robi, bo trzeba by było włożyć trochę wysiłku i wziąć odpowiedzialność za swoje życia, a nie powierzać wszystko innym. innym, którzy mają gdzieś twoje sprawy. chcą tylko osiągnięcia wyznaczonego samemu sobie celu, a jak mają do dyspozycji jednostkę pozbawioną własnego zdania, a raczej jednostkę nie ujawniającą swojego zdania, nie umiejącą go obronić to się uśmiechają uśmiechem numer 2 do niej i piękną manipulacją, przez nią osiągają to co chcą. to jak w końcu? ludzie chcą tej wolności, czy chcą ciągle żyć na regułach pan – wasal? bo nie wydaje mi się, że ktoś chce być perfidnie wykorzystywanym do czyiś celów, zatracając w ten sposób samego siebie…

dlatego naprawdę. wystarczy zmienić tak niewiele w swoim życiu, by całkowicie korzystać z danej nam prawnie wolności. trochę wysiłku, trochę odpowiedzialności i decyzyjności może zmienić wiele przede wszystkim dla samego siebie, a jak się zbierze więcej takowych jednostek to i dla całego globu. niech zbierze się więcej takich wolnomyślicieli cieszących się z życia i wkładającego w świat optymizm i postęp. nie wierzmy od razu czemuś co usłyszeliśmy od kogoś, tylko wypracujmy rzeczywiste własne zdanie na dany temat i okazujmy go, a nie milczmy jak coś jest według nas nieprawidłowego.

sex

ekshibicjonizm kojarzy nam się raczej z pokazywaniem w całości, bez żadnych zbędnych przykrywek, swego ciała. u niektórych wzbudza to pełną namiętności fantazję i chęć takowego zachowania, u innych odrazę i jedną wielką patologię. nagość proszę Państwa. nie ulega wątpliwości, że właśnie rozbieranie się na środku ulicy, czy chociażby na plaży, bez żadnego ubrania, nawet najbardziej skromnych stringów, kojarzy nam się właśnie z tym słowem. jest to pieprzenie nabytego wstydu. czemu nabytego? bo właśnie dzieci, podczas formowania niejako ich psychiki, spojrzenia na świat, moralniaka etc., zostało wpojone, że trzeba się ubierać. od taka norma, czy może nawet i zasada. ale czy właściwie jest coś złego w nagim ciele? czy mamy się czego wstydzić? czy naprawdę mamy ujawniać ją tylko w sypialni z partnerem i to jeszcze tylko w tradycyjnych pozycjach, bo przecież odrobina fantazji i uprawiania sexu chociażby na blacie, to nie przystoi… ludzie kochani. oczywiście, nie mam na celu mówić, że na co dzień, czy na maturę mamy iść nago, jednakże nie wstydźmy się jej.

ekshibicjonizm wziął się właśnie ze skrajności. jak często w dzisiejszych czasach widzimy właśnie skrajności? skrajna prawica lub skrajna lewica? ateista lub fanatyk? inteligent lub debil? optymista lub pesymista? ścisły umysł lub human? … zewsząd mówi nam się albo o pełnym namiętności zbliżeniu między dwojgiem (lub więcej) jednostek, albo o życiu owładniętym przez nieustanny celibat. znalazła się więc grupa ludzi, która miała już tego dosyć po całej linii, więc zebrała się niezorganizowaną niejako grupę ludzi, tworząc chociażby plaże dla nudystów. miała dość ciągłego zakrywania ciała, bo nie ma się cholernych idealnych wymiarów ciała. matko kochana! jaki to ma sens? ciągłe głodówki, odmawianie sobie kawy z bitą śmietaną posypaną czekoladą, kebaba, czy cokolwiek równie dobrego. kochani, serio nie widzicie że to błędne koło systemu? szeregowanie na silne jednostki, a słabe odrzucenie? silna psychicznie osoba, będzie pieprzyła wszystkie pseudo idealne kształty, będzie miała swoje zdanie i inne aspekty potwierdzające, że jest niezależnym od systemu bytem. słabe się porywa w czarną otchłań nakazując pewien tok rozumowania. nakazuje się, rzecz jasna dając rzekomy wolny wybór, jednak takowa osoba z niego nie skorzysta, bo przy treściach podanych w miarę logicznie przyjmie je, bez zastanowienia czy to ma w ogóle jakiś sens. takowa persona będzie ciągle się przejmować tym co inni o niej powiedzą, a jak to pp mówi „nie patrz na innych. oni ci jeść nie dają”. pokazuje nam to w jasny sposób, że nie warto patrzeć na to co inni, tylko na to co ja. co ja chcę, to czego ja pragnę. w ten właśnie o to prosty sposób będziemy szczęśliwi. i naprawdę, nie ma nic złego, a nawet w dobrym tonie jest zaakceptowanie siebie, swojego ciała. owszem, wygląd jest ważny, biorąc chociażby pod uwagę dobór partnera życiowego i mówi wam to kobieta z tego co anatomia podpowiada, ale intelekt nie wystarczy. więc kochane kobiety. litości. nie miejcie pretensji, że faceci patrzą na cycki, na to jak laska wygląda. przecież padnę śmiechem jak mi któraś będzie próbowała wmówić, że nie ocenia kolesia po wyglądzie. ileż można słuchać do zżygania „rozmów” koleżanek obrabiających kogo popadnie z wyglądu. przecież po czymś takim się serio nie dziwię, że niektórzy faceci mają takie a nie inne zdanie na temat lasek. dlatego Kaśka dobra rada mówi wam – mówcie czego chcecie, bądźcie sobą i nie róbcie awantury o byle co.

ale powracając do tematu, bo niejako zboczyłam. ekshibicjonizm, właśnie ta nagość nie musi wcale być rozumiana jako tylko i wyłącznie nagość cielesna. przynajmniej według mnie. można być nagą jednostką w sensie psychicznym, czyli pokazywanie swoich uczuć całkowicie i bez oporów, czy mówienie tego co się myśli. jak bardzo jest to potrzebne w dzisiejszych czasach, a jak rzadko stosowane? nie bójmy się swojego nagiego ciała, swoich nagich neuronów okrytych „jedynie” w intelekt. to jest piękne, jeśli odpowiednie się tym dysponuje rzecz jasna….