przereklamowane bycie miłym

dużo ludzi ostatnio chce być „miłym człowiekiem”. jak mniemam cała ta bajka zaczęła się w prahistorii człowieka, gdy zaczęto zdradzać i przez cholerne chore relacje, jedna strona ukrywała fakt ten przez swym jakże wielbionym życiowym partnerem. zaczęto wtedy grywać role, pokazywać niekoniecznie swoje oblicze i pieprzyć się na potęgę mówiąc, że uprawia się tylko błogosławiony od wieków małżeński sex. brnąc dalej w bagno kłamstwa człek się łudzi, że jak nie ma urody, to przecież uprzejmością załatwi sobie wszystko co będzie chciał u ludzi. najwyżej przecież można przelecieć się na biurku prezesa. ale broń mistyczny Boże, żeby z prezesem we własne osobie! przecież trzeba być zawsze cholerną cnotką, tudzież maminsynkiem, która nawet papierosa nie zapali. nawet jak po godzinach na 5″ idzie do kibla z nieznajomym. przecież czego oczy nie widzą, temu „sercu” nie żal, więc można mieć opinię poukładanej osoby, wciągając kreskę wieczorem.

mało kto dziś niestety ma odwagę być osobą, a co za tym idzie, wszelakie normy społeczne wyspecjalizowały, że większość chce być miłą jednostką. tak by przez każdego być lubianym, by uprzejmość waliła od niego na kilometr i każdy wiedział, że zawsze można na niego liczyć. nie zważa taka jednostka na duże prawdopodobieństwo bycia najnormalniej w świecie wyruchanym przez innych. przez tych, którzy mają śmiałość mieć i wyjawiać swoje zdanie. przez tych którzy nie boją się pojechać w lewo, niż w prawo skręcić na nową autostradę dofinansowaną z funduszy EU. przez tych do których cholera należy świat, bo wiedzą czego chcą i dąż do tego.

niby coś w mojej podświadomości podpowiada mi, że w czasach „mody”  jest właśnie przereklamowane bycie miłym, chociaż patrząc logicznie na to, jakie społeczeństwo mamy w XXI wieku to chyba właśnie okrzyczane jest dziś bycie sobą. zatraca się inteligencje na rzecz 50 twarzy Gray’a własne wartości na rzecz zgonowania przed kumplami, myślenie na rzecz social mediów itd…. ludzie w większości idą z tłumem, bo boją się odrzucenia. nie chcą się przeciwstawiać, bo tak łatwiej. bo to mniej wysiłku intelektualnego kosztuje. bo tego chcą myślące jednostki dla własnych korzyści, a ty szara jednostko boisz się trój literowego słowa NIE. nie ukrywajmy. ci co coś osiągają w życiu więcej, niż kasę od święta na carlo rossi, to jednostki które patrzą przede wszystkim na siebie, wiedzą czego chcą i nie boją się pokazać własnego myślenia. ba! one nawet potrafią przeprosić jak coś spieprzą, ale nie żałują, bo to była ich własne decyzja. i gdzie te hasła hipsterów bądź sobą? może i są, ale dają one dupy u większości w zrównaniu z rzeczywistością. a przecież miało być tak kolorowo i zajebiście. przecież świat miał należeć do mnie. ano droga istoto, która zapomniała myślenia, to wszystko jest na wyciągnięcie ręki nie do pilota, ale do Ciorana…

bo właśnie podstawą człowieka jest myślenie, więc nie dziwmy się, że ci co serio robią coś w życiu, przy wytycznych z kim chcą się pieprzyć, mówią o ekstazie wynikającej z dobrego sexu, z dialogiem ambitniejszym „to ty czy ja na górze?”, gdy kiedyś to było bardziej logiczne chyba…

teraz, gdy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie

 

paradygmat istnienia

wokół czego kręci się świat? ten dzisiejszy, wczorajszy dzień? wokół kasy? może? korporacji? logiczne następstwo kasy. szczęścia? poniekąd. ale jak w tytule, co jest podstawą uniwersalną, każdej jednostki? o czym każdy chce wiedzieć? chce praktykować? rozmawiać? w gruncie rzeczy ani o kasie, ani o szczęściu bezpośrednio, ani niczym, czego można dowiedzieć się w szkole (no dobra, chyba że w szkole burdelu, o ile takowa istnieje w ogóle).
bo jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o sex…

temat wydawałby się banalny, w końcu w gruncie rzeczy, mówiąc cholernie ogólnikowo, chodzi tu o wchodzenie i wychodzenie, tak. czasem może i jakieś odgłosy wibracji rozchodzące się z dołu. a jak człek się zapyta coś o stereotypach, to niebyt mamy jakieś skojarzenia w tym temacie. a w końcu masturbacja, to też swoisty sex.
przyjęło się niewiadome czemu, że kobieta się zabawiająca to kobieta wyzwolona, znająca swoje potrzeby itd., a facet to jakiś niewyżyty seksualnie stwór. albo, że laski w ogóle się same nie zabawiają. no błagam, litości. czy serio mistyczny czytelniku też tak uważasz? że tylko niektórym wolno, a w ogóle to się o tym nie mówi?

właśnie takie myślenie, taki sposób patrzenia na to, jest to niejako scheda po wcześniejszych epokach. a w połączeniu z działaniem każdy wie, że wszyscy wiedzą, ale nikt nie może powiedzieć, że wie, mamy wprost absurdalny punkt kulminacyjny, nawet w dzisiejszych czasach. serio, jestem jakoś zrozumieć, że w starożytności, przez wszelakie dalsze epoki, było to uznawane za dewiację. mniej, ale na granicy mojego rozumienia, jest fakt, że niektóre religie to potępiały, czy potępiają. ale gdzie jest logiczność, w nielogicznym jestestwie pogoni za wolnością i epoką pozbawioną, jakby się zdawało jakiejkolwiek pruderii, gdzie masturbacja, to wciąż dla większości temat cholernego tabu?

aż ciśnie się na usta nienamacalna substancja, w postaci słów „sex owszem, masturbacja bynajmniej”. nie ogarniam tego „tabu” serio. jak Logo24 pisze, normalny facet widząc swoją kobietę na samozabawianiu się, czuje się podniecony. to dla czego do cholery, baby to ukrywają? czego się wstydzą? tego, że lubią jak jest im dobrze? wstydzą się swojego ciała? to sex w sumie też odpada, no chyba że w konwencji bdsm’u non stop, 24h na dobę, 7dni w tygodniu.

kończąc, ale z całą świadomością nie reasumując, wiem że Paradygmat Istnienia ma dużo mniej lub bardziej retorycznych pytań, ale załóżmy po prostu, że czasem pojawiać się będą posty na własne zdanie czytelnika. bez moich jasnych i klarownych odpowiedzi i stanowisk. jasne jest, że bez problemu ogarnie się pewnie moje stanowisko, ale nie będzie ono tak rozbudowane, jak w „tradycyjnych” postach.

 

zabójcza psychika

tak jak obiecywałam parę postów niżej, dziś będzie o postaci znanej nawet osobom, które są ignorantami historycznymi (chyba, że jest się skończonym idiotą). o osobie, gdzie trudno o pozytywną opinię na jej temat. o psychice, która może jednocześnie fascynować i przerażać. o jednostce, na wspomnienie której niektórym stoją wszelkie włosy. a precyzując, o psychice niejako Adolfa Hitlera…

zaczynając od niezbyt psychologicznych informacji, znany na cały świat zapewne Führer, uwielbiał i w sumie niejako prowadził nocne życie. wstawał koło 10, chwila na powietrzu samemu, lub jak miał ktoś nagłą sprawę, to na obgadanie tego, a granice 11-12 zarezerwowane były na kawę. potem rzecz jasna wszelakie sprawy taktyki, a jak już wszyscy zaczęli zajmować się sobą, zamykał się w swoim pokoju do godzin nocnych. tak zorganizowany plan dnia perfekcjonisty przewidywał około 2 w nocy obiad i kładł się spać, mniej więcej o 4…

a może ważne jest miejsce urodzenia? zapewne wpływu kulturowe kształtują każdego z nas. co może być niezwykłego w mieście Braunau am Inn (teraz pisząc nazwę tej miejscowości, zobaczyłam w pierwszych 5 literach nazwisko jego partnerki, ale to pewnie moja z deka nadinterpretacja)? otóż na pewno fascynujący może być dla co poniektórych fakt, że właśnie tam narodził się przywódca III Rzeszy. ale co nam po mieście. drugorzędna sprawa, przynajmniej dla mnie, przynajmniej na te potrzeb. o wiele bardziej intrygująca jest psychika Hitlera.

każdy, kto ma chociaż podstawowe pojęcia na temat, psychologii, co człowiekiem kieruje, mniej lub bardziej namacalnego, wie jak ważne są przeżycia za młodu. jak silnie oddziaływują one, na kształtowanie naszej osobowości, charakteru, zachowań… portret, niejako psychologiczny Adolfa, jest znacznie bardziej wciągający, niż mogłoby się to zdawać, patrząc pośpiesznie na to.
niewątpliwie nie mały wpływ tutaj odegrał ojciec jego, jeśli można tak w ogóle nazwać kogoś, kto na własnego syna gwizdał jak na psa, by przyszedł do niego. pomijam tutaj w ogóle tutaj fakt, że nieraz zaznał dobitnie na swym ciele Hitler ręki czy pasa jego. miał niby kochającą matkę, jednakże ona również jak cholera bała się Aloisa, więc nic tu po niej. większych sukcesów naukowych nie odnosił, matury nie napisał, a o nauczycielach również nie miał zbyt optymistycznego mniemania. kochał malarstwo, jemu chciał poświęcić swe dorosłe życie, ale nic mu nie pomagało. ani ojciec, który nie dopuszczał myśli takowej, ani ASP, które stwierdziło, że kompletnie nie umie rysować postaci ludzkich, czego wymagali. że w jego wypadku, to co najwyżej architektura…

czynniki jego życia, wpłynęły niejako tak na jego psychikę, że cierpiał on na chorobę Parkinsona. jego sztywność mięśni, powolny niedowład lewej ręki, ślinotok, dość energiczne przemawianie do tłumu. jego postawa i to jak mówił, mogłoby skłaniać nas do tego, by zaszufladkować tą postać do pięknego typa ekstrawertyka. jednak są parę opinii, pod którymi się podpisuję, że był to wbrew pozorom przykład introwertyka. dlaczego? z prostej przyczyny. nie ulega najmniejszej wątpliwości, że mówił ekspresyjnie o zagładzie Żydów. temu nie zamierzam zaprzeczać. jednak to wszystko, co on robił i jak się zachowywał przed tłumem, to była do perfekcji obmyślona gra perfekcjonisty. nie ukazywał swych emocji on. swoich prwytanych przemyśleń też niezbyt. to co mogliśmy się dowiedzieć od niego, to były jego plany, ale jakby nie patrzeć zawodowe. nikt mu nie mógł najechać w żaden sposób na prywatne odczucia bo ich nie znał. nic nie robił spontanicznie, wszystko musiał bardzo dokładnie przemyśleć i wybrać opcję najbardziej rozsądną, tą co będzie najlepsza dla jego wizerunku. jasno już nam to pokazuje, że nie mógł być to ekstrawertyk, który często działa pod wpływem jakiegoś impulsu. potrafi zapomnieć o pewnych regułach i zrobić coś co pomyślał, bez przemyślenia tego. dla Hitlera takowe postępowanie byłoby karygodne!

ze względu na swoje przeżycia wcześniejsze, nie chciał on w żaden sposób dotykać sowich emocji. bał się ich, nie wiedział jak sobie z nimi radzić, toteż właśnie jego mechanizmem obronnym, była taka a nie inna gra. ukrywał przed wszystkimi, może nawet i przed samym sobą, bo obawiał się jak cholera, co może wyjść z ujawnienia tych emocji. nie chciał zastanawiać się nad nimi, myśleć jakby tu się zachować w ich obliczu, więc wybrał niejako życiowe aktorstwo i tak to sobie zaplanował. jak pisałam, obmyślał każdy, nawet najmniejszy ruch, ale nigdy światu nie pokazał swego prawdziwego oblicza. zapewne nawet przed samym sobą, czy Braun tego nie zrobił, tylko zawsze w jakimś stopniu ta gra mu towarzyszyła i nigdy się nie gubiła. tam gdzie był on, gdzie było jego postępowanie, było i jego perfekcyjnie obmyślane działanie.

nie będę tutaj dłużej się rozwodzić nt jego psychiki. jak funkcjonował. co wpływało, a przede wszystkim z jakim skutkiem wpływało na Hitlera, bo z tego co się przeświadczyłam mało kto jest równie zafascynowany tą postacią historyczną, dlatego też nie będę tutaj zanudzać Ciebie, jeśli mistyczny „ty” w ogóle istniejesz. mało kto w ogóle chce o nim czytać, jeśli słowa nie zaczynają się, że był on pieprzonym zbrodniarzem…

 

PS: i zaznaczam. liczę, że jasne jest fakt, że w żaden sposób nie mam w zamiarze szerzenia nazistowskich ideologii, tylko ukazania człowieczej strony Hitlera. nie chcę go rozgrzeszać z tego co zrobił, tylko pokazać chociaż w niewielkim procencie, dlaczego tak postąpił. jaką miał psychikę i jak ona wpłynęła na jego działanie. liczę, że rozumiesz, że nawet o Hitlerze można mówić dość pozytywnie, a co najmniej neutralnie, aniżeli wciąż słuchać/czytać/mówić, jak to karygodnie on postąpił…

egoistyczny altruista

siema. może nie wyczerpię tutaj tematu i może poniekąd poruszę niejako dwa wątki (altruizmu i kłamstwa), ale jakoś tak wyszło… kiedyś zapewne, w innych wpisach czy dyskusjach się to bardziej rozwinie i doprecyzuje ;)

nie wydaje się Wam, że społeczeństwo coraz częściej miewa coś na wzór rozdwojenia jaźni? nie chodzi mi tu bardzo konkretnie o psychiatryczne wyjaśnienie tego, tylko taką bardziej ogólnikową wizję tego. na przykładzie chociażby prawie, że świętego jakby się zdawało ks Pieronka, który wbrew pozorom broni pedofilii (http://www.youtube.com/watch?v=iP1y3cnMvrI&feature=player_embedded), jakby od tego zależało jego życie. natomiast gdyby rozchodziło się o takowe czyny u świeckiej osoby, to już widzę pełną agresji wypowiedź, jakim prawem coś takiego istnieje. że takowe czyny trzeba potępiać, odpowiednio karać… z jednej strony mamy człowieka, który (przynajmniej teoretycznie) szerzy miłość do bliźniego, pomoc biednym i ogólną sielankę. natomiast z drugiej strony ukazuje nam się człowiek podstępny cholernie. przez swą sutannę, chce uwiarygodnić swój wizerunek i argumentuje podle pedofilie, ukazując tym samym, że dorosły jest ważniejszy od bezbronnego dziecka.

i właśnie na tym przykładzie chciałam zobrazować zachowywanie się większości ludzi dzisiaj. jak często spotykamy się z postępowaniem danej jednostki, która w pewnej sytuacji jest o cechach kompletnie antagonistycznych, w odniesieniu do wyznaczników [danej osoby] z sytuacji innej. i nie mam na myśli tutaj dyplomacji, bo to zupełnie co innego. jasne jest, że niekiedy trzeba zrezygnować z ekspresji, by czegoś osiągnąć, jednak mówienie jako o swoim stanowisku, dwóch kompletnie różnych stanowisk. żyjemy w społeczeństwie, które milczeniem przyzwala na kłamstwo, kolesiostwo i jeden wielki burdel. przymykamy oko na wszelkiego rodzaju przekręty, usprawiedliwiając to, że tak dzisiaj jest i nic się z tym nie da zrobić. żyjemy w społeczeństwie, które jest na swój sposób jednym, wielkim skupiskiem schizofreników. i czemu? czemu ma to cholera służyć? przecież swoiste myślenie społeczne (idąc duchem Istota człowieczeństwa M. S. Gazzaniga) mówi nam o tym, że sama biologia, odpowiadające za prawidłowe funkcjonowanie mózgu, a co za tym idzie, by odpowiednio funkcjonować w życiu społecznym, przystosowała nas do tego, by mieć w sobie grosz altruizmy (który jak się okazuje, nie koniecznie musi być bezinteresowny w 100%). robiąc coś pomocnego innemu, w zależności od relacji łączących, skutkuje to na przyszłość. nawet nie tyle co dla innych, ale dla samej jednostki, która wcześniej pomogła komuś, niejako bezinteresownie.

tutaj właśnie dochodzimy do punktu, który jasno i czytelnie pokazuje nam, że kompletnym ignoranctwem, gdzie paradygmatem jest idiotyzm, jest zachowanie jednostki, która całkowicie ma gdzieś losy tych, co wokół niej się przewijają. bo jej się nie chce. bo to nie jej biznes. bo ona śpieszy się na szybki numerek z szefem… a do czego to doprowadzi? jasne jest, że do zaniku prawdziwego człowieczeństwa, jeśli rozprzestrzeniać się to będzie wciąć jak dżuma. przyzwalanie na kłamstwo na każdym kroku, w każdej sytuacji, może i dla niektórych ale absurdalnie może do tego doprowadzić… i ludzkość stanie się bez emocjonalnymi, pozbawionymi empatii (nawet tej egoistycznej) i jakichkolwiek moralniaków jednostkami, swoistymi robotami, złożonymi ze struktur białkowych? do tego społeczność świata chce doprowadzić, czy naprawdę jest aż tak bardzo krótkowzroczna?